4000 wysp w Laosie

Kilka dni kompletnego relaksu, to coś, czego nam było trzeba. Po aktywnych 3 tygodniach stwierdziliśmy, że czas zwolnić i dać sobie chwilę na odpoczynek. W Kambodży nie zabawiliśmy zbyt długo, ograniczyliśmy się do dwóch głównych węzłów turystycznych, czyli Phnom Penh i Siem Reap, z Angkorem na czele. Prawdopodobnie w związku z dużym chaosem, ruchem ulicznym i wszechobecną biedą i smrodem, dopadło nas coś w stylu podróżniczej chandry. Nie mieliśmy ochoty zwiedzać, a rykoszetem dostał Angkor, który potraktowaliśmy trochę po macoszemu. Zaliczone – to słowo najlepiej obrazuje nasz romans ze starożytnymi ruinami Państwa Khmerów. Zaszła potrzeba zmiany otoczenia. W takiej sytuacji przyspieszyliśmy naszą wizytę w Laosie.

Do Laosu chcieliśmy wkroczyć od strony południowej i udać się do krainy zwanej 4 tysiącami wysp, znajdującej się niedaleko granicy. W Siem Reap dowiedzieliśmy się, że niestety aktualnie nic nie jeździ bezpośrednio na wyspy, zatem pozostało dojechać tak daleko jak się da. W naszym przypadku było to miasto Stung Treng, położone około 100 kilometrów od granicy. Zapłaciliśmy za bilety po $15 i o 6 rano siedzieliśmy w autobusie. Parodią tej trasy jest fakt, że aby dotrzeć z Siem Reap (zachód), na północ Kambodży, trzeba praktycznie wrócić się z powrotem do Phnom Penh na południu i tam przesiąść się w pojazd zmierzający ku górze mapy. Mimo istnienia nowej drogi łączącej zachód z północą i tak póki co cała komunikacja przebiega w ten sposób. W linii prostej jest to około 300 km, ale proza życia sprawia, że podróż taka zajmuje kilkanaście godzin. Na szczęście, czasu mamy pod dostatkiem.

Nie mam zdjęć z podróży więc wrzucam koty!
Nie mamy zdjęć z podróży więc wrzucam koty!

 

Zbliżając się do Phnom Penh, autobus zatrzymuje się na jakimś zadupiu a do środka wszedł schludnie ubrany mężczyzna. Pilot wycieczki, jak się okazało, zaprosił do przesiadki wszystkich pasażerów, którzy mają bilet na 4000 wysp. Patrzymy z Martą po sobie i tylko jedno przychodzi do głowy. Coooo? A podobno miało nic nie jeździć. Ale nic to, trzeba było znów brać stery we własne ręce. Zapytaliśmy faceta, czy też możemy jechać, mimo, że nie mamy biletu. Po krótkiej konsultacji z kierowcą kazał nam wskakiwać i za dopłatą $10 od osoby już mieliśmy obrany kurs na nasz cel. Poszło sprawniej niż myśleliśmy! Później okazało się, że przez te zawirowania, podróż wyszła nam bardzo tanio. Zapłaciliśmy po $25 od osoby, natomiast ludzie z którymi rozmawialiśmy, płacili z reguły $29 z Phnom Penh a nawet $39 z Siem Reap!

Po 12 godzinach jazdy w końcu dotarliśmy do granicy. Pilot wcześniej zebrał od wszystkich paszporty oraz opłaty wizowe a koszt pośrednictwa wynosił $1 więc nawet nie było sensu samemu się tym zajmować. Co ciekawe, w zależności od narodowości jaką się reprezentuje, obowiązują różne opłaty za wizę. My płaciliśmy po $35, natomiast nowo poznany Holender już $40. Ruskie wjeżdżały za darmo (czyżby to, że Laos jest państwem komunistycznym, miało jakiś wpływ?), podobnie jak Szwajcarzy, lecz z zastrzeżeniem, że na terenie kraju mogą przebywać tylko dwa tygodnie. Podczas oczekiwania na załatwienie formalności, wypiliśmy po piwku z Holendrem i kiedy już zdawało się, że nic złego nie może się wydarzyć, przyszedł do nas Pilot z nie najlepszą wiadomością. Jako, że byliśmy pewnego rodzaju „pasażerami na gapę”, nie mieli dla nas przygotowanych szablonów wizowych. Pilot zapewnił nas, że to nic nowego, możemy jechać dalej a następnego dnia na wyspie, będzie można nasze dokumenty odebrać. Przedstawił nam się facet, rzekomo odpowiedzialny za dostarczenie nam paszportów. Mieliśmy dwie opcje, obie dość mizerne. Jedną z nich było pozostanie na zamkniętym przejściu granicznym do jutra w oczekiwaniu na paszporty. Drugą, było uwierzenie zapewnieniom Pilota i celników i spokojne udanie się na wyspę. Wybraliśmy drugą opcję, zgodnie z przeczuciem. Niektórzy będą wyzywać nas od nieodpowiedzialnych, ale uspokajam, wszystko zakończyło się pomyślnie 😉

A tu wciskam wodospady.
A tu wciskam wodospady.

 

Kolejne 30 minut jazdy zostało zakończone rozstaniem z autokarem. W kilkanaście osób znaleźliśmy się na środku drogi, przy której stało kilka domostw i jakiś minibar, w którym kilku Laotańczyków popijało piwo i zdawało się dobrze bawić. Rozgwieżdżone niebo nad nami mogło tylko konkurować z tym syberyjskim. W tym chwilowym zawieszeniu ponownie odnalazłem spokój i radość z bycia w podróży. W powietrzu wisiało coś innego, jakiś Laotański magnes przyciągający zmysły. Od razu pomyślałem, że podoba mi się tutaj.

Na pikapa czekaliśmy pół godziny. Kierowca przywitał nas słowami „Oh, 30 minut czekaliście? Sorryyyy”. Jeśli próbował zabrzmieć pokornie, była to prawdopodobnie jedna z gorszych prób, jakie było mi dane słyszeć. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Luz wypływał z każdego części ciała tego człowieka, on po prostu nie był w stanie przejąć się taką błahostką. Ostatnim środkiem transportu były długie, wąskie czółna, sterowane przez roześmianych miejscowych. Zapewne śmiali się, że musieliśmy zapłacić po $4 za kilkuminutową przejażdżkę. Ale o 20 wieczorem, nie mieliśmy innych dostępnych opcji. W końcu, po podróży okraszonej przygodami, postawiliśmy nasze stopy na Don Det, jedną z trzech głównych wysp krainy.

Widok prosto z hamak. Przyciąłem, żeby jakoś wyglądało.
Widok prosto z hamaka. Przyciąłem, żeby jakoś wyglądało.

 

Don Det jest najpopularniejszą z wszystkich wysp i tutaj skupia się większość knajp i miejsc noclegowych. Wszystko jest przygotowane pod zagranicznych turystów. W ogóle, zdaje mi się, że Laotańczycy raczej nie uprawiają czegoś takiego jak podróżowanie.

Nie da się być tutaj produktywnym, to po prostu nie działa. U nas lenistwo wzięło w górę, czyli wszystko zgodnie z planem. Postanowiłem odciąć się na kilka dni od komputera i zagłębić w obserwowanie przyrody, czytanie książek i odpoczynek. A wszystko to, z butelką Laobeer w ręku. Znaleźliśmy bungalow z tarasem wyglądającym bezpośrednio na Mekong, skąd mogliśmy codziennie, leżąc w hamaku, oglądać cudowną feerię barw zachodzącego słońca. Po trzech dniach odpoczynku trochę się zmobilizowaliśmy i udaliśmy na przejażdżkę po sąsiedniej wyspie. Rowery to jedyna (i w sumie najlepsza) dostępna forma transportu dla turystów i można je wypożyczyć za śmieszną kwotę $1,25 za dzień.

Taka aktywna!
Taka aktywna!

 

Zajrzeliśmy na wodospady które okazały się być naprawdę piękne. W dodatku sceneria była trochę Polsko-jesienna i przez jakiś czas poczułem się jak w domu. Byliśmy też w miejscu gdzie rzekomo można było zaobserwować delfiny, które pojawiają się w wodach Mekongu. W miejscu obserwacyjnym były hamaki, więc obserwacja dość szybko przeobraziła się w drzemkę. Delfinów nie odnotowaliśmy. Uznaliśmy ten morderczy wysiłek za dostateczny i wróciliśmy do tego, co na wyspie nam wychodziło najlepiej – leżenia w hamaku i czytania książek oraz oglądania zachodów słońca. W 4 dni przeczytałem 2 książkę, więc szło nieźle!

W takiej scenerii na pewno miałem głębokie przemyślenia.
W takiej scenerii na pewno miałem głębokie przemyślenia.

 

W międzyczasie zaprzyjaźniły się z nami koty, które codziennie umilały wspólne chwile na tarasie. Z takich ciekawszych rzeczy, jednej nocy mój brzuch w końcu nie wytrzymał artyleryjnych ataków azjatyckiego jedzenia i musiałem trochę powisieć nad klozetem. Bynajmniej nie były to rozmowy kontrolowane. Na szczęście, rano, po nocnych przygodach nie było śladu. Innym razem w barze zagadał do nas przypadkowy gościu. Bezzębny, nieco starszy facet, wnosząc po mocno niezrozumiałym dla mnie akcencie, był rodowitym anglikiem z północy. Nie pomyliłem się. Andrew obecnie podróżuje po świecie i samodzielnie sprzedaje swoją książkę o Azji Południowo Wschodniej, do napisania której zainspirowały go doświadczenia z Indonezji, gdzie przeżył błyskawiczną powódź, która zabrała życie 150 osobom. Twierdził, że sprzedał już 9200 kopii na własną rękę, na zasadzie „twarzą w twarz”. Wydawcy chcieli edytować jego kwiecisty język, on się nie zgadzał i wybrał taki, a nie inny sposób dystrybucji. Z czystej ciekawości też kupiliśmy, kosztowała tylko 6 dolarów. Ciekawy człowiek, choć jak na mój gust nieco zbyt przepalony marihuaną. Właśnie, marihuana. Jest powszechnie dostępna na wyspie a wiele barów w swojej ofercie ma „Happy Shake”. Ot, ciekawostka 🙂

Polska złota jesień
Laotańska złota zima

 

Inny temat to miejscowi. Laotańczycy, zdawali się w ogóle nie przejmować, że klienci czasem chcą coś kupić albo zamówić. Kiedy jednego dnia poszedłem rano po bułki do sklepu, właściciel w tym czasie pobierał coś w rodzaju masażu. Kazał zostawić pieniądze na ladzie.. Wszystko robili powolnie i niechętnie. Musze przyznać, że trochę się rozczarowałem, bo słyszałem dużo dobrego o radosnych Laotańczykach a tymczasem widywaliśmy raczej mało uśmiechów. Cóż, zapewne to specyfika miejsca ukierunkowanego na turystykę, która zmienia nie tylko krajobrazy takich miejsc, ale przede wszystkim ludzi. Ciężko mieć im za złe, że wybrali lekką i dobrze płatną turystykę, zamiast orania w polu 🙂

4000 wysp jest miejscem wybitnie nastawionym na relaks. Sąsiedztwo potężnie rozlewającego się w tym miejscu Mekongu działa kojąco na zmysły. Amatorzy ruchu też znajdą coś dla siebie. Warto wpaść na kilka dni.

podziel_sie

Jestem miłośnikiem podróży, Rosji i filozofii dalekowschodniej. Uważam, że w życiu najważniejszy jest balans. Uwielbiam książki i marzę o zbudowaniu w domu wielkiej biblioteczki. Nie wyobrażam sobie życia bez biegania na orientację. Ciągle szukam czegoś nowego.

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.