Wycieczka na Cztery Wyspy

Będąc na Koh Lancie, jedną z najpopularniejszych wycieczek jednodniowych, jest właśnie ta na tytułowe Cztery Wyspy. Pogoda od początku miesiąca była niestabilna, więc zwlekaliśmy dość długo aby trafić na jakieś okienko pogodowe. W końcu, po ponad trzech tygodniach czekania na pozytywną prognozę pogody, postanowiliśmy po prostu zamknąć oczy i zarezerwować wycieczkę na następny dzień. Mieliśmy ogromną nadzieję na słońce i dobrą widoczność pod wodą, ponieważ w programie było sporo snorkelingu. Towarzysz Jaro postanowił również rzucić wyzwanie pogodzie i w ten sposób z całej naszej trójki, los zadrwił po raz kolejny.

 

Po wstępnym rozeznaniu cenowym w kilku biurach turystycznych – których jest tutaj na pęczki – porównaniu cen i rodzajów łodzi, zdecydowaliśmy się na wycieczkę łodzią typową dla tajskiego krajobrazu, czyli Longtail Boat. Do wyboru mieliśmy jeszcze duży statek turystyczny lub motorówkę, ale jakoś nas nie przekonały i w dodatku były droższe. W biurze turystycznym stargowałem cenę z 1000 Bahtów do 750, nawet za bardzo się nie starając. W cenie mieliśmy transport do portu, owoce, napoje i obiad na łodzi, oraz maskę do snorkelingu. Cena wyglądała na uczciwą. Plan wycieczki obejmuje takie wysepki:

 

  • Ko Chuek – Snorkeling
  • Ko Mook – Emerald Cave
  • Ko Ngai – Obiad i relaks
  • Ko Maa – Snorkeling

 

Poranek okazał się pochmurny. Niebo zasnuły wysokie, szare chmury i nie zapowiadało się, aby miały zrobić trochę miejsca dla promieni słonecznych, których tak bardzo pragnęliśmy. Pikap „Riviera Tour” przyjechał po nas prawie na czas i przed godziną dziewiąta zameldowaliśmy się w porcie. Pierwsze co Martę zainteresowało podczas wycieczki to nasz Kapitan. Od pierwszych chwil zaskarbił sobie jej uwagę. Po pierwsze tym, że mu dobrze z oczu patrzyło, a po drugie – umięśnioną sylwetką (rzadko spotykaną u Tajów). Jak się później okazało, coś w tym było. Byliśmy mile zaskoczeni, że wszystko odbyło się bez obsuwy i już  około dziesiątej przystąpiliśmy do pierwszego snorkowania obok wyspy ko Chuek. Było to nasze pierwsze snorkowanie w ogóle więc minęła chwila zanim obeznaliśmy się z maskami i przyzwyczailiśmy, że mając twarz pod wodą faktycznie możemy oddychać. Kiedy już nabraliśmy trochę wprawy, mogliśmy skupić się na obserwowaniu podwodnego życia. Strasznie nam się podobało. Obok naszych twarzy co chwile przepływały najróżniejsze gatunki tropikalnych ryb, których nigdy na oczy nie widzieliśmy. Kilkukrotnie spróbowałem nurkować, ale nie wiedziałem wtedy jeszcze, że moja rurka nadaje się do tego jak widelec do zupy i co rusz, na nowo dławiłem się paskudną słoną wodą. Chmury nawet co jakiś czas się rozstępowały, dając złudną nadzieje na więcej słońca. Tuż przed naszym odpłynięciem, na miejsce dotarły inne łodzie wycieczkowe i zrobiło się dziwnie ciasno. Dobrze, że wcześniejsze pół godziny mogliśmy bawić się w małym gronie, nie zderzając się co chwila z innymi ludźmi.

Wyspa nietoperzy

 

Następnym celem był Emerald Cave – największa atrakcja wycieczki. Zanim tam dopłynęliśmy, nasz Kapitan musiał poradzić sobie z małą usterką a mianowicie zerwanym łańcuchem. Szczęśliwym trafem, nikomu się nigdzie nie spieszyło i po pół godziny babrania się w smarze, nasz Kapitan postawił łajbę na nogi, jeśli można tak powiedzieć. Wracając do naszej atrakcji. Mała, piaszczysta plaża, otoczona strzelistymi skałami znajduje się dosłownie w środku wyspy. Aby do niej dotrzeć, trzeba przepłynąć prawie sto metrów wpław jaskinią, dostępną jedynie za pomocą łodzi. Przewodnik latarką oświetla drogą a turyści zakuci w kamizelki muszą uważać, żeby się nie roztrzaskać o skały. Wrażenie jest piorunujące i będąc w okolicy trzeba koniecznie zobaczyć to miejsce. Na początku trafiliśmy na tłumy turystów ale tym razem aż tak to nam nie przeszkadzało, bo było naprawdę wspaniale. Rozbawiła nas za to wycieczka chińskich turystów, którzy aby wydostać się z jaskini uformowali ludzką stonogę i tak płynęli. Chińskie klimaty turystyczne zawsze nas śmieszą. Ich potencjał krajoznawczy nigdy nie wychodzi poza ramy przewodnika i jeśli jakaś atrakcja znajduje się w chińskim przewodniku, bądźcie pewni, że znajdą się przy niej również chmary chińskich turystów.

Emerald Cave

 

Po opuszczeniu jaskini, słońce już nawet nie próbowało nas mamić, że jeszcze się dzisiaj pokaże. Co gorsza, wiatr przybrał na sile i w końcu zaczęło padać. Rozpadało się na dobre a fale rzucały łodzią na w górę i w dół. Przez chwilę nasi przewodnicy zdawali się mieć zaniepokojone miny, ale z zimną krwią płynęliśmy przed siebie. Wiatr wzmagał uczucie zimna i po pewnym czasie zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. W końcu udało nam się zawinąć do jakiejś zatoczki osłoniętej od wiatru i jak gdyby nigdy nic, wyjęto obiad i wszyscy przystąpili do konsumpcji. Było mi cały czas zimno i w dodatku myślałem, że za chwilę się poszczam. Jedynym rozwiązaniem było wskoczenie do wody. Jakże było to zbawienne, kiedy okazało się, że w wodzie jest dużo cieplej niż na pokładzie. Deszcz trochę ustał i do wody zaczęły wskakiwać kolejne osoby i postój niespodziewanie przerodził się drugą sesję snorkelingu. Rafa w tym miejscu była bardzo płytko i Marta trochę się na niej obiła, na szczęście niegroźnie. W tym miejscu udało nam się zaobserwować naprawdę wspaniałe okazy i pływało się tak przyjemnie, że nim się obejrzeliśmy minęła godzina.

 

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na jakiejś innej wyspie, aby nieco odpocząć i napić się czegoś ciepłego. Musieliśmy z zacumowanej łodzi dojść do brzegu około stu metrów brodząc w wodzie. Szedłem na boso i okazało się, że miałem szczęście, bo dziewczyna z innej wycieczki nadepnęła na jeżowca i zwijała się z bólu. Ja jak zwykle uniknąłem nieprzyjemności, ale drogę powrotną pokonałem przezornie w sandałach. Mimo ciągle padającego deszczu trzeba było wracać i po kolejnej godzinie byliśmy w porcie a następnie pikap odwiózł nas do domu.

 

Wycieczkę zdecydowanie polecamy, ale pogoda ma decydujący wpływ na jej przebieg. Zapewne będąc na dużym statku pasażerskim nie odczulibyśmy tego tak dotkliwie jak na longtailu, ale chcieliśmy autentyczne przeżycia, to je dostaliśmy. Jak wspominałem na początku, obsługiwała nas firma „Riviera Tours” i możemy ją z czystym sumieniem polecić. Nie mają sztywnych ram i długości pobytów w poszczególnych miejscach dostosowują na życzenie uczestników. Jedzenie było smaczne (z dostępną opcją wegetariańską) a do picia dostaliśmy dobrze schłodzoną wodę i colę. W międzyczasie załoga serwowała pokrojone arbuzy i ananasy.

Naprawa silnika

Na sam koniec zostawiliśmy smaczek i jednocześnie zapowiedź kolejnego wpisu. W kafejce, na ostatniej wyspie, przysiedli się do nas przewodnicy i Kapitan statku zaproponował swoją gościnę następnego dnia, na sąsiedniej wyspie. Po chwili wahania, zdecydowaliśmy się przyjąć zaproszenie. Spędziliśmy z Cha i jego rodziną wspaniały czas na wyspie Ko Po i niedługo umieścimy tutaj dłuższy reportaż z tego pobytu. Póki co możemy powiedzieć jedno: było to najbardziej niezwykłe doświadczenie jakie nas dotychczas spotkało podczas podróży.

Emerald cave

 

podziel_sie

4 Komentarzy

  1. Coś mi się te zdjęcia z opisem pogody nie zgadzają 🙂 A u nas już pierwszy śnieg padał w czwartek.

    • Mariuszsays:

      No, do połowy było na przemian chmury i słońce, podczas deszczu już zdjęć nie robiłem. Śnieg.. teraz brzmi dla nas jak science-fiction 🙂

  2. chrupeksays:

    To domyśl się Marian jak brzmi dla nas to co Wy piszecie;P

  3. Oliwcia :3says:

    Super macie pogodę u nas zimno i mam katar ale wy zawsze macie fajnie 😉

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.