Nowy rok w Singapurze

Jeszcze będąc w Tajlandii w naszych głowach zrodził się pomysł spędzenia Nowego Roku w Singapurze. No wiecie, magia wielkiej, obrzydliwie bogatej metropolii, tak różnej od reszty Azja, złapała nas w swoje sidła. Skoro i tak już mieliśmy być w Malezji, byłoby szkoda nie spędzić kilku dni w takim miejscu, Dubaju Azji Południowo-Wschodniej. Choć nie lubię dużych miast, największe metropolie pociągają mnie w pewien sposób swoim ogromem, przepychem i architekturą. Patrząc na zdjęcia Nowego Jorku, Dubaju, czy właśnie Singapuru, budzi się we mnie niedowierzanie, że takie miejsca powstały za pomocą ludzkich rąk. Wizja podziwiania noworocznych fajerwerków w romantycznej scenerii Marina Bay Sands ostatecznie przypieczętowała naszą decyzję, o krótkiej, 3 dniowej wizycie.

Do Singapuru jechaliśmy bezpośrednio z Malezji, a dokładniej z Melaki, która, tak na marginesie, mocno nas rozczarowała. Na nasz pobyt założyliśmy budżet w wysokości 250 dolarów singapurskich . W przypadku nie zwiedzania standardowych atrakcji typu zoo, safari czy innego badziewia dostępnego w każdym dużym mieście, jest to całkiem sporo. Udało nam się znaleźć tani, jak na singapurskie warunki, hostel, więc pozostałą kasę planowaliśmy przeznaczyć głównie na przejazdy metrem i jedzenie. Ceny jakie zastaliśmy były podobne do tych w Malezji, szkoda tylko, że w innej walucie, czyli około 2-3 razy droższe. Pierwszego dnia postanowiliśmy zrobić rekonesans okolic Mariny, żeby mniej więcej wiedzieć, gdzie można się usadowić w oczekiwaniu na nowy rok. Nasz hostel i Marinę dzieliły około 4. kilometry, zatem w ramach przypatrzenia się miastu wybraliśmy opcję pieszą.

Czyste boczne uliczki. Byliśmy w szoku.
Czyste boczne uliczki. Byliśmy w szoku.

 

W porównaniu do innych Azjatyckich miast, w Singapurze faktycznie da się spacerować! Wzdłuż większości ulic, znajdują się chodniki a i sygnalizacja świetlna nie jest jedynie czymś, co istnieje i funkcjonuje tylko w teorii. Byliśmy w ciężkim szoku gdy niektórzy kierowcy przepuszczali nas na pasach. Po doświadczeniach w Kuala Lumpur, było to niczym powiew świeżości. Wraz ze zbliżaniem się do dzielnicy biznesowej, wieżowce stawały się coraz wyższe i bardziej eleganckie. Zaglądając do centrum kulturowego Esplanada, załapaliśmy się na darmową sztukę „Śpiewającego szefa kuchni”. Było to krótkie, radosne, półgodzinne przedstawienie które ukazywało rodzinę podczas przygotowywania wspólnego posiłku. Aktorzy wyśpiewali kilka wesołych piosenek a podczas luźnych, dowcipnych rozmów mówili o byciu bardziej otwartym na innych ludzi. Całość lekka i ciepła dla serca. Po zakończonym przedstawieniu wyjście poprowadziło nas do samej Mariny.

W międzyczasie słońce na dobre skryło swoje oblicze za horyzontem i dzięki temu po raz pierwszy ujrzeliśmy olbrzymią łódź ujeżdżającą trzy hotelowe filary w blasku miejskich świateł. Poniżej Mariny gnieździła się galeria handlowa, wyglądająca całkiem skromnie na tle tej niemalże mitycznej łodzi. Po drugiej stronie zatoki rozciągała się panorama złożona z fantastycznie oświetlonych biurowców i hoteli, na szczytach których, widniały nazwy najbardziej znanych światowych i azjatyckich marek. Naprawdę, nie lubię dużych miast, ale muszę przyznać, że nocą ten widok zapierał dech w piersi i wgniatał w ziemię. To jest coś co widzi się tylko na filmach i na zdjęciach w internecie. Co by się nie działo, musieliśmy zobaczyć pokaz fajerwerków właśnie tutaj, choćbyśmy mieli przyjść zająć miejsce kilka godzin wcześniej.

Mityczna Łódź ujeżdżająca równie mityczne hotele.

 

Jak spędziliśmy sylwestra

Ostatniego dnia roku, około południa, wyszliśmy z planem długiego spaceru, który miał zakończyć się zaklepaniem jakiegoś malinowego miejsca, z widokiem na Marinę. Po drodze chcieliśmy też wejść do indyjskiej restauracji Annalakshmi, serwującej wegetariańskie jedzenie. Wybór nie był przypadkowy. Restauracja działa na zasadzie „Jedz i płać ile chcesz”, czyli w teorii możesz jeść na krzywy ryj a w praktyce jest ci głupio i pewnie płacisz więcej niż powinieneś. Planowaliśmy za jedzenie zapłacić 10 dolarów, co na tutejsze warunki jest dobra ceną. Jednym słowem, chcieliśmy trochę przyżydzić.

Panie właścicielu, daj pieniążka.
Panie, daj pieniążka.

 

Jednakże, na trasie naszego przemiłego spacerku niespodziewanie wyrosło Muzeum Narodowe. Udało nam się dla Marty kupić ulgowy bilet na nieważnej legitymacji studenckiej i podczas półtorej godziny zwiedzania poznaliśmy zarys historii Singapuru.

[Historia, jeśli chcecie]

Niegdyś niezamieszkała wyspa, która tak się spodobała jakiemuś azjatyckiemu księciu, że postanowił ją zasiedlić. W międzyczasie w krzakach zobaczył prawdopodobnie tygrysa i nazwał miejsce Singapora, czyli dosłownie „Miasto Lwa”. Lwów w tym rejonie nigdy nie było, więc można snuć domysły, że książę miał fantazję. Po kilku stuleciach, Brytyjczycy w poszukiwaniu strategicznego miejsca na port w tym zakątku świata, łakomy kąsek upatrzyli właśnie w Singapurze. Kontrolę nad regionem sprawowali w tym czasie Holendrzy, więc trzeba było z nimi jakoś dobić targu. W zamian za Singapur, oddali trochę obecnej Indonezji i wszyscy byli zadowoleni. Miasto pod panowaniem Anglików rozwijało się prężnie, jako jeden z największych portów w regionie. Żeby nie było zbyt pięknie, Japończycy wymyślili sobie, że podbiją całą Azję, i w czasie II Wojny Światowej Singapur szybko padło ich łupem. Próbowali „zjaponizować” społeczeństwo, lecz ostatecznie bomby atomowe zrzucone przez Amerykanów na Hiroszimę i Nagasaki skutecznie ostudziły ich imperialistyczne zapały. Singapur ponownie znalazł się pod brytyjską jurysdykcją aż do czasu uzyskania niepodległości przez Federację Malezji w 1957. Z uformowaną w 1963 Malezją, Singapur wytrzymał tylko 2 lata. Nie był w stanie zaakceptować ogólnokrajowej polityki rządu, co prowadziło do częstych sporów. W końcu Singapur olał Malezję i po przeprowadzonym wśród mieszkańców referendum, zapadła decyzja o uformowaniu niezależnego państwa – miasta. Zdaje się, że było to dobre posunięcie. Tym samym 2015 rok jest 50 rocznicą niepodległego Singapuru.

Po zaspokojeniu głodu historii, przyszedł czas na zaspokojenie naszych żołądków. W drodze do wyjątkowej restauracji pojawiały się pomysły, żeby zapłacić 2 dolce i zobaczyć ich miny, albo nie zapłacić w ogóle. Widocznie Bóg nas usłyszał i postanowił zagrać na nosie. Restauracja operowała tylko do godziny 15 a my przybyliśmy 30 minut po zamknięciu i pocałowaliśmy klamkę. Zdegustowani, musieliśmy zjeść w jakimś innym indyjskim lokalu, gdzie nie dość, że się nie najedliśmy to i tak zapłaciliśmy krocie.

Pozostało skierować swoje kroki w kierunku Mariny. Po drodze wyszło na jaw, że aparat został w hostelu, zakopany w łóżku Marty. Świetnie. Po ustaleniu miejsca spotkania przy Zatoce, udałem się metrem po naszą zgubę. Około 18 byliśmy gotowi do rozłożenia pikniku i oczekiwania na północ. Ludzi było jeszcze niewiele, więc korzystając z wolności wyboru klapnęliśmy na promenadzie przy samych barierkach, z dogodnym widokiem na Mityczną Łódź ujeżdżającą hotele. Brzmi dość absurdalnie. Zapytany policjant potwierdził, że można spożywać alkohol na legalu. Ktoś musiał zrobić zakupy na nasz piknik, aby godnie przywitać Nowy Rok. Padło na mnie. W pobliskim przejściu podziemnym był market, ale ceny były wysokie, więc postanowiłem być sprytny i pojechać metrem do Chinatown, gdzie miało być dużo centrów handlowych. Owszem, było, ale wszystko w chińskim badziewiem. Nie byłem w stanie znaleźć zwykłego marketu, ze zwykłym jedzeniem. Miotałem się po okolicy około godziny, żeby ostatecznie wrócić do pierwszego marketu i tam kupić wino za 27 dolarów i kilka przekąsek.

Nasze melina w pełnej krasie.
Nasze malinowa miejscówka w pełnej krasie.

 

Zadowolony, z flachą w ręku popędziłem czym prędzej do Marty i spotkałem ją w towarzystwie jakiegoś Hindusa. Pomyślałem sobie, że szybko ją wzięli w obroty. Facet okazał się sympatyczny i widząc samotną, drobną kobitkę siedzącą na ziemi, zapytał czy wszystko w porządku. Na szczęście wszystko było w porządku i mogliśmy się w pełni zrelaksować i oczekiwać godziny zero. Spędziliśmy czas na rozmowach i wspominkach imprez sylwestrowych z poprzednich lat. Naszą scenerią było bajecznie oświetlone miasto. Kilkaset metrów od nas znajdowała się scena muzyczna, zatopiona w kolorach i klubowej muzyce, przy której szalały tysiące osób z rękoma w górze. W odróżnieniu od regularnego sylwestrowego świętowania nie czułem jakiejś wielkiej ekscytacji, ale byłem w stanie lepiej chłonąć atmosferę i przemyśleć rok 2014. Z biegiem naszych rozmów za nami tworzyły się kolejne rzędy piknikowców a tłum regularnie narastał.

Jeszcze wczesna pora. Później i tak wszyscy zostaną przygwożdżeni do barierek.
Jeszcze wczesna pora. Później i tak wszyscy zostaną przygwożdżeni do barierek.

 

Nagle, 30 minut przed północą wszyscy zaczęli wstawać, musieliśmy wstać i my. Z tyłu zaczęli napierać na mnie jacyś Hindusi. Marta miała szczęście, bo jakimś cudem mężczyźni trzymali się od kobiet na minimalny dystans. Ze mną nie mieli skrupułów. Każdy ruch faceta za mną czułem na swoich plecach. W końcu, robiąc zdjęcia prawie położył się na mojej głowie. Wściekłość, podsycana moją wielką niechęcią do tego typu zbiorowisk ludzkich, narastała wykładniczo. Starałem się załagodzić sprawę metodami, których nauczyłem się w Suan Mokkh. W pewnym stopniu podziałało, i dotrwałem do godziny zero. Po wcześniejszej kompletnej ciszy (w Singapurze nie da się kupić fajerwerków), fajerwerki wystrzeliły w niebo z mocą tysiąca dział. Co tu dużo mówić, to trzeba zobaczyć. Najbardziej zachwycające widowisko z okazji Nowego Roku jakie w życiu widzieliśmy. Nawet ten Hindus na mojej głowie aż tak bardzo nie przeszkadzał. Pokaz trwał około 10 minut i wytworzył taką chmurę dymu, że pod koniec ledwo już było widać, że coś jeszcze wybucha na niebie. Złożyliśmy sobie życzenia noworoczne i cóż, 2015 rok stał się faktem.

Uaaaaa!
Uaaaaa!

 

Nawet nie próbowaliśmy dostać się do metra, więc zafundowaliśmy sobie długi, nocny spacerek. Dopóki nie wyszliśmy ze strefy największego tłumu, oczywiście ze złością wymyślałem wszystkim ludziom po drodze, po cholerę tutaj przychodzili. To tak na dobry nowy rok! Marta pozwoliła mi dać upust swojej złości i tylko ze śmiechem reagowała na moje kolejne komentarze. W końcu około 2 doczłapaliśmy do hostelu i złożyliśmy się do snu.

 

O singapurskim prawie słów kilka

Singapur dobrze jest znany ze swojego restrykcyjnego i surowego prawa. Za każde wykroczenie można dostać mandat rzędu 500-1000 dolarów, a wśród zakazów wzbudzających największe emocje znajdują się: zakaz żucia gumy, zakaz plucia na chodnik, zakaz jedzenia i picia w metrze oraz zakaz wnoszenia durianów do budynków. W hostelu spotkaliśmy Nowozelandczyka mieszkającego tutaj od kilku lat, który podzielił się z nami ciekawa historią, dobrze obrazującą restrykcyjność tutejszego prawa.

Ponad prawem.
Ponad prawem.

 

7 lat temu, jego synowi udało się dostać do jednej z dobrych szkół w Singapurze i wraz z Ojcem przeprowadzili się na miejsce. Syn otrzymał wizę edukacyjną na 3 lata, natomiast Ojciec zaczął ubiegać się o wizę z racji opieki nad dzieckiem. W urzędzie imigracyjnym, otrzymał odpowiedź, że według prawa, o wizę na takich warunkach, ubiegać może się jedynie matka lub babka dziecka. Rzecz w tym, że dzieciak stracił matkę kiedy miał 4 lata. Facet przefaksował akt zgonu żony, lecz urzędnicy stwierdzili, że musi być oryginał poświadczony notarialnie. Pojechał więc do Nowej Zelandii, skompletował wszystkie dokumenty i wrócił do Singapuru, w nadziei na pomyślny finał sprawy. Nic z tego. Oburzony chiński urzędnik zamknął sprawę stwierdzając, że tylko matka lub babka mogą dostać taką wizę. Koniec kropka. Tym samym, Ojciec został zmuszony do regularnego przekraczania granicy w celu odnawiania wizy, skazany na nastrój celnika, który wcale nie musiał ponownie takiej wizy udzielać. On i jego syn przeżyli przez to dużo stresu, bo każdemu opuszczaniu kraju towarzyszyła ta niepewność, czy na pewno wróci. Nikogo to jednak nie obchodziło, prawo było niepodważalne. Wszędzie indziej dałoby się prawdopodobnie coś zrobić, jakoś ominąć przepisy, ale nie tutaj. Na szczęście, po roku udało mu się uzyskać wizę pracowniczą.

Singapur pozostawił po sobie obrazek sterylnego, precyzyjnego i bogatego państwa, pełnego ludzi wpatrzonych jedynie w ekrany smartfonów. Mimo wszystko dalej wolimy spokojniejsze, bardziej autentyczne miejsca, z dala od tłumów i codziennej kakofonii dużego miasta. Na pewno warto było zobaczyć i przywitać Nowy Rok w tak wyjątkowych warunkach, ale te 3 dni w zupełności nam wystarczyły.

I w końcu, w nowym roku życzymy Wam mnóstwo radosnych dni, podążania za swoim sercem i dużo spokoju oraz dystansu do otaczającej nas rzeczywistości. Niech rok 2015 będzie lepszy od 2014! 🙂

podziel_sie

1 Komentarzy

  1. Polecam też serwis http://firmawsingapurze.pl/ jeżeli kogoś interesuje założenie tam firmy 🙂

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.