Polskie Tatry zimą

Po dwóch latach nieobecności w naszych pięknych polskich górach, uznałem, że czas przerwać tę niechlubną passę i wrócić tam zimową porą. Zaplanowaliśmy wyjazd na przedłużony weekend za sprawą święta Trzech Króli. Początkowo mieliśmy iść połazić w Tatrach Zachodnich, ale jak to w życiu bywa, nie zawsze jest tak jak by się chciało. Miejsc w schroniskach już nie było więc pozostało nam jechać w miejsce, które nigdy nas nie zawiodło, czyli do Schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. Tam, nawet w przypadku braku miejsc, moglibyśmy bez problemu przekimać się na podłodze.

Już na dwa tygodnie przed wyjazdem monitorowałem pogodę. Komunikaty były nieubłagane – mróz, i to nie byle jako. Miało piździć jak w przysłowiowym Kieleckiem, ze słupkami rtęci wskazującymi gdzieś między -20 a -30 stopni.  Rzadko miewam do czynienia z takimi temperaturami, a tym bardziej w górach. W dodatku dzień przed wyjazdem ogłosili lawinową trójkę i nasze myśli zaczęły się godzić ze spacerami wzdłuż doliny i długimi godzinami w schronisku. W takich warunkach to można by robić aklimatyzację przed Himalajami. Ale słowo się rzekło i w czwartek wieczorem ruszyliśmy na spotkanie z żywiołem.

 

Jak to jest w górach przy -20?

Zaskakujące jest to, że w gruncie rzeczy.. jest całkiem ciepło! No dobra, może trochę popłynąłem z tym ciepło, ale zupełnie nie jest tak źle jak myślałem. Próba opisu termiki jest w gruncie rzeczy z góry skazana na niepowodzenie, za sprawą różnic w odczuwaniu temperatury przez każdą osobę. Mimo to, spróbuję scharakteryzować swoją osobę oraz opisać ubiór jakim dysponowałem podczas tej wyprawy, kiedy było mi zimno, a kiedy ciepło. Niech to będzie punkt odniesienia przy planowaniu swojego ubioru oraz próba „ocieplenia” wizerunku siarczystych mrozów.

 

Jestem osobą która ma dość kiepskie krążenie w dłoniach i stopach. Nawet w domu, zimową porą muszę zazwyczaj przyodziewać skarpety a pracując kilka godzin przy komputerze robi mi się chłodno w dłonie. Umieściłbym siebie wśród tych mało odpornych na zimno.

 

Od pasa w górę: Ameryki nie odkryję, ale bez dwóch zdań, najlepszym sposobem ubioru jest klasyczne podejście „na cebulkę”. Tak najłatwiej kontrolować ciepłotę swojego ciała, dodając albo odejmując warstwy. U mnie idealnie sprawdziły się koszulka termiczna z długim rękawem, cienki polar z Decathlonu oraz lekka puchowa kurtka z kapturem. Chłopaki mieli trochę grubsze wewnętrzne warstwy a na wierzch zwykła kurtka membranowa. Na szyję zakładałem sobie dodatkowo buffa no i oczywiście czapka.  W korpus i głowę nikomu nie było zimno, nawet przy lekkim wietrze. Oczywiście nie licząc polików, które szczypały momentalnie jak tylko je połechtał byle zefirek. Na ręce miałem tylko rękawice na gore-texie, według producenta miały dawać radę do -12 stopni. Podczas marszu, albo momentów kiedy wykonywałem jakąś pracę rękoma, było całkiem ciepło, ale wystarczyło, że postałem kilka minut i palce już zaczynały marznąć. Wydaje mi się, że na takie mrozy najlepsze by były łapawice.

 

Od pasa w dół: Kupiłem w Decathlonie jakieś takie getro-kalesony na narty i na to zarzuciłem letnie spodnie które zawsze biorę w góry. W dupę potrafiło mnie czasem przymrozić, ale ogólnie nogi zazwyczaj najlepiej sobie radzą podczas mrozów. Jakbym miał jakieś minimalnie cieplejsze spodnie to byłoby idealnie. Większy problem stanowiły stopy, jako, że nie miałem twardych i ciepłych butów zimowych, tylko raczej letnie. Solidne, ale jednak letnie. Podczas marszu prawie zawsze było ciepło, ale przy dłuższej pracy w śniegu (np. torowanie, wybijanie stopni przy podejściu), albo po kilkuminutowym postoju, paluchy już niedomagały. Bez dobrych, ciepłych butów, raczej na takie temperatury ponownie bym nie chciał się wybrać.

 

Prócz temperatury pogoda wyjątkowo dopisywała. Dwa dni bezchmurnego, słonecznego nieba, podtrzymywały na duchu pomimo arktycznych mrozów. Udało nam się wejść na Kozi Wierch, skąd jest najlepszy dupozjazd w Polsce! Nie ma to jak zejść 500 m w dół w ciągu kilku minut 🙂 Próbowaliśmy jeszcze zimowego wejścia na Miedziane, ale okazało się zbyt trudne. Na domiar złego, temperatura sprawiła, że plastik w moich rakach (gówniane, najtańsze CT) po prostu złamał się jak wafelek. Całe szczęście, udało się jakoś wycofać w bezpieczne miejsce. Wolę nie myśleć, jakby to się stało gdzieś na szczycie.

 

Tatry zimą tylko dla wybranych?

Zdecydowanie nie! Warto jeździć w Tatry zimą, bo wtedy wyglądają zdecydowanie najpiękniej, wtedy majestat gór jest porażający. Na plus przemawia także ilość turystów. Latem, nasze góry są dosłownie zadeptywane. Z tego powodu od kilku lat nie jeżdżę w szczycie sezonu, czyli lipiec – sierpień. Zimową porą turystów jest dosłownie garstka, więc łatwiej z kimś zamienić słowo, zintegrować się. Ale faktem jest, że trzeba do takich zimowych odwiedzin poczynić konkretne przygotowania. Według mnie niezbędne minimum sprzętowe to:

  • Raki
  • Czekan

Dobre buty to i latem są potrzebne, więc uznaję to za oczywistość. Jeśli ambicje piechura nie przekraczają kursów Zakopane – schronisko albo Palenica – schronisko, to powinny wystarczyć nawet same raki. Poza tym, jak to w górach, wszystko zależy od warunków. Przy słonecznej pogodzie, przetartej trasie i dobrej widoczności wejście na Kozi Wierch to łatwizna, a przy gęstej mgle, padającym śniegu i wietrze, niebezpieczne może być nawet dojście do schroniska. Należy zawsze śledzić komunikaty lawinowe, a szlaki dobierać do warunków pogodowych – to jedyna uniwersalna rada jaką można otrzymać.

1 Komentarzy

  1. Pozdrawiają chłopaki w „zwykłych” kurtkach ;).

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.