Autostop w Malezji

O Malezji nie wiedziałem zbyt wiele, nie ma co ukrywać. Jest to jedno z tych miejsc, o którym znałem jedynie podstawowe informacje, takie jak nazwa stolicy, ustrój polityczny, dominująca religia i położenie. Jeszcze będąc w Tajlandii, Marcie do głowy wpadł pomysł przejechania całego kraju autostopem. Bo tak, po prostu, dla przygody i zabawy. W autostopie za dużego doświadczenia nie mamy. W zeszłym roku próbowałem dostać się z Alaski do Belgii, ale skończyło się na tym, że utknąłem w Berlinie i z podkulonym ogonem wróciłem do Polski. Podczas późniejszych przemyśleń i rozmów z dużo bardziej doświadczonym kolegą, okazało się, że popełniłem prawie wszelkie możliwe błędy. Wiedząc już, czego nie należy robić, z pozytywnym nastawieniem ruszyliśmy w kierunku stolicy Malezji – Kuala Lumpur.

Pierwszym krokiem było wydostanie się z Hat Yai, sporego miasta niedaleko granicy, gdzie spędzaliśmy jedną noc. Najpierw w strugach deszczu, korzystając z tuk-tuka dojechaliśmy na dworzec autobusowy a następnie kupiliśmy bilety do Bukit Kayu Hitam, które leży przy samej granicy z Tajlandią.

Przejście graniczne w Bukit Kayu Hitam jest największe, między Tajlandią i Malezją. Bus szybko utknął w korku, więc lepszym rozwiązaniem było zarzucenie plecaków na ramiona i krótki spacer. Kontrolę paszportową planowaliśmy zaliczyć bez problemów, jak zawsze. Jednak okazało się, że tym razem świat ma wobec nas inne plany. Celnik po przejrzeniu naszych paszportów skierował nas do sąsiedniego, obskurnego budynku, na drzwiach którego było napisane coś o imigracji i karach. Lekko się zaniepokoiliśmy, lecz w końcu przecież nic złego nie zrobiliśmy, więc po prostu poszliśmy dowiedzieć się o co chodzi. Diagnoza – zbyt długi pobyt w kraju. Powinniśmy byli opuścić Tajlandię dwa dni wcześniej. Przerażony spojrzałem w paszport i faktycznie, na stemplu widniała data 19 października. Ubzduraliśmy sobie, że wiza jest na dwa miesiące, co, jak się okazuje, nie zawsze równa się 60. dniom. Skończyło się na zapłaceniu kary w wysokości 500 bahtów za każdy dzień. Pozostało nam ubolewać nad własną głupotą.

Kiedy już udało nam się sforsować tajlandzką granicę, spacerkiem przemieściliśmy się do granicy malezyjskiej, oddalonej o około 500 metrów. Procedura wizowa była szybka, prosta i przyjemna, czyli tak jak powinno być. Po kilku minutach mogliśmy się cieszyć z 90. dniowej, darmowej wizy, widniejącej w naszych paszportach. Welcome to Malaysia!

Przed przybyciem do nowego kraju, jak zawsze nauczyliśmy się kilku podstawowych zwrotów, takich jak dzień dobry, dziękuję, proszę, itd. O ile mogą się one przydać podczas wizyty w malezyjskim warzywniaku, tak podczas podróży autostopem niekoniecznie. Aby uniknąć nieporozumień, przygotowaliśmy „list autostopowicza”. Z pomysłem spotkałem się w książce Paszy – Autostopem przez życie – i bardzo mi się on spodobał. Napisaliśmy w nim jak się nazywamy, skąd jesteśmy, że podróżujemy za darmo i byłoby miło, gdyby ktoś mógł nas podrzucić do miasta, które widnieje na kartce. Planowaliśmy pokazywać ten list każdemu, kto się zatrzyma, ale nie będzie znał angielskiego.

Zdjęcie zapożyczone z Czarnogóry, wtedy również dzielnie autostopowaliśmy.
Jak to możliwe, że pomyliliśmy północ z południem..?

Miejsce tuż za granicą jest idealne do łapania stopa. Samochody jadą bardzo wolno i każdy ma okazję cię zauważyć i przeczytać dokąd jedziesz. Po przejściu 200. metrów stanęliśmy  na czele żwirowego parkingu, zrzuciliśmy plecaki na ziemię i Marta wystawiła kartę, z której duże, czerwone litery krzyczały „Kuala Lumpur”. Podobno gest wyciągniętego kciuka nie jest tutaj kojarzony z autostopem, więc po prostu machałem ręką w górę i w dół, mając nadzieję, że odczytają to jako „zatrzymaj się”. Tak właśnie wyglądaliśmy, z nieschodzącym  z twarzy uśmiechem, Marta z wyciągniętą kartką papieru, a ja wykonujący ruchy ręką podobne do tych, jakie wykonują fani na koncercie 50 centa. Minęło raptem 15 minut a już siedzieliśmy w kabinie z pewnym Chińczykiem, nie za bardzo mówiącym po angielsku. Facet był przemiły i zaoferował nam podwózkę do oddalonej o 150 kilometrów wyspy Penang.

– Może być? – zapytał, a przynajmniej wydaje nam się, że tak zapytał

– Jeszcze pytasz facet, pewnie, że może!

Plecaki do środka i jedziemy. Przez dwie godziny jazdy nie pogadaliśmy zbyt wiele za sprawą bariery językowej, ale na szczęście był na tyle rozgarnięty, żeby wysadzić nas w dobrym miejscu do łapania dalej. W Malezji mają takie punkty odpoczynku kierowców, odpowiedniki naszych MOPów na autostradach. Tutaj nazywają się one R&R, czyli rest and relaxation.

Była akurat niedziela, w dodatku po jakimś święcie, ludzie wracali z długiego weekendu, więc było pełno samochodów. Tym lepiej, bo to zwiększało naszą szansę. Na stacji chcieliśmy wypłacić trochę gotówki, ale bankomat odmawiał współpracy z każdą z trzech kart. Teraz naprawdę nie mieliśmy innego wyjścia, niż autostopować. O ironio. Ponownie wyciągnęliśmy naszą, wymiętoloną już nieco, karteczkę i czekaliśmy na złoty strzał. Godzina robiła się mocno popołudniowa i nieco trwożyła nas myśl o spędzeniu nocy na stacji, jeśli nic nie złapiemy. Na szczęście, po 20 minutach przed nami zatrzymał się wiekowy pojazd marki Proton, z trzema osobami w środku. Zaproponowali nam podwózkę do samej stolicy, czyli nieco ponad 300 km. Fuck yeah! Byli to młodzi ludzie, 23-27 lat, w dodatku władający naprawdę dobrym angielskim. Jasmine, nasza współpasażerka na tylnej kanapie miała 23 lata i była już po studiach medyczny. Pracuje w szpitalu i przyjmuje porody. Okazało się, że nasz kierowca a jej brat, skończył te same studia co Marta i pracuje w branży paliwowej. Rozmawiało nam się z nimi bardzo swobodnie i podróż zleciała całkiem szybko, mimo 6. godzin jazdy. Podczas postoju oczywiście nakarmili nas i napoili, kiedy dowiedzieli się, że jesteśmy bez grosza przy duszy i nie możemy wypłacić pieniędzy z bankomatu.

Niech pozory Was nie zmylą, nie piłem przed zdjęciem.
Wesoła ekipa z Protona

W międzyczasie również zdarzyła się ciekawa sytuacja. Na stacji, chciałem sprawdzić, czy mogę zapłacić kartą za towar. Wziąłem jakieś małe czipsy (ups) i podszedłem do kasy, gdzie kasjer mi powiedział, że nie mogę tutaj zapłacić kartą. Kiedy wytłumaczyłem mu, że nie mam gotówki, powiedział, żebym wziął czipsy za darmo. Oczywiście grzecznie podziękowałem i odłożyłem towar na półkę, ale uderzył mnie sam gest.

Jasmine i spółka byli na tyle mili, że podstawili nas pod jakiś hotel, dali kilka przydatnych wskazówek a na dopełnienie szczęścia, udało nam się wypłacić z bankomatu gotówkę.

Słowem podsumowania mogę napisać, że autostop w Malezji to super sprawa. Próbka jest marna, ale opierając się także na relacjach innych osób które czytaliśmy, ryzykujemy to stwierdzenie. Wystarczy trochę odwagi, dużo uśmiechu, i szczypta czasu a zwykły przejazd może się zmienić w niezwykłe doświadczenie. Chyba musimy częściej korzystać z autostopu 🙂

podziel_sie

2 Komentarzy

  1. Tomasz Zdziarskisays:

    Wygląda to na wspaniałą przygodę! 🙂 zazdroszczę odwagi bo ja bym się po prostu bał,że mnie A) napadną B) nie znajdę noclegu C) po autostopie następnym wspomnieniem będzie brak nerki. Ale jak widać można i dzięki „szczypcie” improwizacji udało się Wam osiągnąć cel 🙂 pozdrawiam

    • Mariuszsays:

      O ile bardzo cenię podróż stopem, to również w niektórych krajach na pewno bym się bał. Najważniejsze to ufać ludziom, ale zachować przy tym zdrowy rozsądek i słuchać intuicji. Ludzie są dobrzy, tylko trzeba dać im szansę to pokazać. Pozdrawiamy Cię również 🙂

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.