Kambodża – rowerem po prowincji

Martę dopadło jakieś choróbsko i zdecydowała, że jeden dzień spędzony w pokoju, wspomagany ciepłą herbatą dobrze jej zrobi. Do Angkoru sam jechać nie chciałem, więc postanowiłem wybrać się na rowerową przejażdżkę po wioskach otaczających Siem Reap. Tak sie złozyło, że nawet nasz hostel miał do wypożyczenia rowery za darmo. Jak dobrze wiemy, w takim przypadku, oznacza to raczej sprzęt z niskiej półki. Pierwszy testowany rower nie miał hamulców. Na szczęście następny lepiej spisał się w tej kwestii. Dostałem zapięcie z kłódką wielkości dłoni i mogłem ruszać. Planowałem jechać w kierunku jeziora Tonle Sap, gdzie są sławne pływające wioski. Raczej nie łudziłem się, że je zobaczę, bo z tego co wiem można się tam jedynie dostać za pomocą łodzi. Nie przejąłem się tym zbytnio bo i tak głównym założeniem było przyjrzenie się prowincji, no ale, jakiś tam cel miałem.

Nasz hostel był położony przy drodze krajowej, na której ruch uliczny przyprawiał mnie o ciarki. Takie rzeczy jak ruch prawostronny, przejścia dla pieszych, pasy ruchu, były traktowane bardziej jako sugestie, niż zasady ruchu drogowego. Musiałbym jechać w lewo, więc stwierdziłem, że lepiej będzie wydostać się z miasta małymi uliczkami. Szybko wpakowałem się na jakiś ogromny targ, co okazało się dużym błędem. W kłębach kurzu musiałem przeciskać się między ludźmi, skuterami i straganami. Smród ryb, zgniłego mięsa, śmieci i ścieków potęgowała wysoka temperatura. W takich warunkach sterty surowego mięsa leżały i czekały na klienta, całe oblepione muchami. Ja chyba podziękuję, zostanę przy roślinkach. W niektórych miejscach byłem bliski puszczenia bełta, ale koniec końców przebrnąłem przez ten przybytek różnorodności i po kilkunastu minutach znalazłem się na jakiejś niedużej, czerwonej drodze, która na każdy przejeżdżający skuter reagowała kłębami wzbijającego się pyłu.

Typowa polna droga, głównie po takich się przemieszczałem. Zielone pola ryżowe były tak wspaniale zielone, prawie tak jak na zdjęciu!

Polna droga

 

Przed niektórymi domami widnieją tabliczki z nazwą partii. Czy każdy członek musi sobie taką sam zamontować? Hm…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Po kilkudziesięciu minutach zauważyłem niedaleko drogi niedużą świątynię. Później dowiedziałem się, że podobno jedną z niewielu którą można (jeszcze) zobaczyć za darmo. Zdjęcie zrobione w super tajnym trybie, który ma imitować moje umiejętności fotograficzne. Fajne?

Wat Atwea

 

W świątyni były też fajne rzeźby skalne, tutaj na przykłada taka oto Naga.

Naga

 

Posiedziałem sobie około godziny w ruinach i myślałem o niebieskich migdałach. Niestety, żadne genialne pomysły mi do głowy nie wpadły, ale i bez nich czas był ruszać dalej. W końcu nie chciałem, żeby zastała mnie noc. Mapy Google pokazały mi, że kilka kilometrów dalej znajduje się „coś”. Nie miałem pojęcia co, ale było oznaczone szarą plamą a i kierunek się zgadzał. Nic, tylko jechać.

Okazało się, że pośród płaskiego jak stół krajobrazu, wyrastała nieduża góra, wokół której ciągnęły się wioski. Gora

 

Pedałując sobie wokół tej góry trafiłem na kilka ciekawych miejsc. Poniżej fajna chatka, z fajnym drzewem, w fajnej scenerii.

Chatka

 

Po jednej stronie góra a po drugiej jak okiem sięgnąć pola ryżowe. Pięknie zielone, tak gwoli ścisłości.

Pola ryżowe

 

Przejeżdżając przez wioski, dużo dzieci mi machało i radośnie wykrzykiwało „Hello!”. Niestety, większość z nich żyje w bardzo skromnych i prawdopodobnie niewystarczających warunkach. W jednym miejscu dzieciaki chętnie ustawiły się do zdjęcia, które niestety wyszło kiepskie. Trochę się stremowałem i nie miałem śmiałości dłużej ich trzymać. W końcu nigdy nie robiłem tego typu zdjęć i dalej czuję się niekomfortowo kiedy mam kogoś poprosić o zdjęcie.

Dzieciaki z wioski

 

Nie byłbym sobą gdybym nie wlazł na górę aby rozejrzeć się po okolicy. Po horyzont płasko i zielono.

Widok z góry

 

Gdzieniegdzie nawet bawół się do mnie uśmiechał.

Bawół

 

Ostatnie kilometry raczej ciężko nazwać drogą.

Niby droga

 

Wzdłuż kanału ciągnęły się domy zbudowane na palach. Dla wielu tutejszych mieszkańców łódź to podstawowy środek transportu.

Sprawna łódź

 

W końcu dojechałem aż do samego końca drogi, gdzie mogłem się przesiąść tylko na łódź, aby dopłynąć do Tonle Sap. Nie byłem specjalnie zainteresowany więc ruszyłem w drogę powrotną. Tak jak początkowo przeczuwałem, dupsko zaczynało mnie już mocno pobolewać. Pozostawało zacisnąć zęby i z uśmiechem wracać do żony.

podziel_sie

2 Komentarzy

  1. Radeksays:

    Fajna wyprawa. Tylko gdzie jest zdjęcie tego wypożyczonego rowera, hę? 😉
    PS. Wybieracie się później do Wietnamu?

  2. Mariuszsays:

    Jakimś dziwnym trafem, nie zrobiłem zdjęcia roweru. Ot, taki typowy, staroć 🙂 Wietnamu nie mamy podczas tej podróży w planach, być może innym razem.

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.