Krwawe brzemię Kambodży – Pola śmierci i więzienie S-21

Największe, najbrutalniejsze, najbardziej szokujące ludobójstwo XX wieku. Wystarczyły okulary, aby za ich posiadanie skazać człowieka na śmierć. Delikatne dłonie, mogły być pretekstem do umieszczenia niewinnego człowieka w więzieniu, co zwykle prowadziło do późniejszej eksterminacji. Mnisi, uczeni, intelektualiści, mieszkańcy miasta – potencjalni przeciwnicy rewolucji – w pierwszej kolejności do odstrzału. Wysiedlanie miast, zamykanie szkół, fabryk, likwidacja prywatnej własności, wykorzenianie kultury i religii. Rok zero, projekt nowego człowieka. Wszystko to, i wiele więcej, w Demokratycznej Kampuczy Czerwonych Khmerów i Pol Pota.

Do Kambodży wybraliśmy się nie ze względu na Angkor, lecz ze względu na wstrząsającą historię tego kraju, który był areną najbrutalniejszego reżimu naszych czasów. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy, w jakim stanie znajduje się kraj, który 36 lat temu został doprowadzony niemalże do ruiny, poprzez fanatyczne rządy Czerwonych Khmerów. Ciężko dokładnie oszacować ile ludzi zostało zamordowanych i zginęło wskutek głodu oraz chorób. Według różnych źródeł liczba ta waha się pomiędzy 750 tysięcy o 3 miliony. Jasne, w porównaniu z Hitlerem, Stalinem, czy Mao Zedongiem, Pol Pot wydaje się leszczem. Dopiero biorąc pod uwagę, że populacja Kambodży w tym czasie wynosiła raptem 7 milionów, można zrozumieć skalę tej tragedii.

 

[Historia, jeśli chcecie, a wierzcie mi, że chcecie!]

Od dawien dawna, teren Kambodży zamieszkiwali Khmerowie. To, co teraz kojarzy nam się z nędzą, niegdyś było potęgą, prawdopodobnie nawet w skali światowej.  Jak zawsze powołując się na jakichś uczonych, szacuje się, że w XIII wieku, kompleks sławnego Angkoru zamieszkiwało około miliona ludzi. Londyn, który w tym czasie był domem jedynie dla 50,000 ludzi zdaje się popierdółką takiego samego kalibru jak Pabianice względem Warszawy. Jak wiadomo, nic co piękne nie trwa wiecznie. Hordy szalonych  Tajów w końcu rozgromiły imperium Khmerskie, które już nigdy nie odzyskało dawnego blasku. Robimy teraz duży krok w historii i przenosimy się do czasów kolonializmu, kiedy to Indochiny znajdowały się pod butem Francji. To właśnie za czasów kolonialnych, Pol Pot, a prawidłowo Saloth Sar, jako młody, zdolny student elektroniki, pojechał na stypendium do Francji. Właśnie tam zaczytał się w Marksie i Kropotkinie i rozpoczął swoją przygodę z polityką, którą, jak się zdaje, wziął trochę zbyt dosłownie. Polityka nie szła w parze z nauką, więc po kilku akademickich niepowodzeniach, Pol Pot musiał wrócić do ojczyzny. W międzyczasie, jak wszystkie kolonie, Kambodża, pod rządami króla Sihanouka, zaczęła w końcu walczyć o swoje, i w 1955 wywalczyła niepodległość.  Kraj się rozwijał, powstawały szkoły, nowe drogi i mimo wielu trudów, żyło się coraz lepiej. Jak na złość, za miedzą, w Wietnamie wybuchła wojna. Kambodża deklarowała się jako neutralna, lecz w rzeczywistości, król Sihanouk dawał ciche przyzwolenie Wietkongowi na transport broni przez własne terytorium.

Dla USA był to dobry pretekst aby zrzucić trochę bomb na małe państewko. „Trochę”, przerodziło się w „trochę więcej”, a „trochę więcej” w „dawajcie tyle bomb ile macie”. Nawet po sprzeciwie kongresu, Kissinger i Nixon nie ustali w swoich działaniach. Dochodziło do takich sytuacji, w których piloci w ostatniej chwili mieli zmieniane koordynaty, i bomby „niechcący” kończyły na ziemiach Kambodży. USA zrzuciło na Kambodżę około 2,5 miliona ton bomb. 2,5 miliona ton. To pozostawiło kraj w stanie ruiny. Jednocześnie, USA zaczęło się robić coraz mniej przychylne rządom króla Sihanouka, ponieważ ten rozpoczął potajemne schadzki z komuchami. Przeczuwał, co może nastąpić. Kiedy Król w 1970 przebywał za granicą, generał Lon Nol dokonał zamachu stanu i przejął władzę. Lon Nol był przeciwnikiem komunistów i jednocześnie żałosną marionetką w rękach USA. Rozpętała się wojna domowa, między partyzantką komunistyczną a reżimem generała. Niezadowoleni komuniści-rewolucjoniści, zaszyci gdzieś w dżungli, jedząc banany i piach, myśleli, jak to wszystko wywrócić do góry nogami. Choć wydawałoby się, że to niemożliwe, Kambodża po raz kolejny znalazła się na granicy upadku. Kraj pogrążył się w stanie wojny a przeżarty korupcją rząd wyprawiał niezłe cyrki. Aby uzyskać pomoc finansową od USA, robiono sztuczne nabory do armii. Później, okazywało się, że 20-40% sił zbrojnych istnieje jedynie na papierze, którym można się co najwyżej podetrzeć. To pozwala zrozumieć, dlaczego patrząc na zgniliznę ówczesnego rządu, naród w Czerwonych Khmerach upatrywał powiewu świeżości, zmian, pewnego rodzaju wyzwolenia. W 1975, po wycofaniu się wojsk Amerykańskich z Wietnamu i regionu, Czerwoni Khmerowie przystąpili do ostatecznej ofensywy. Phnom Penh zdobyli 19 kwietnia, bez walki, z tłumem wiwatującym na ulicach, z uśmiechami dzieci, z nowymi nadziejami. Gdyby tylko wiedzieli co ich czeka..

Pozornie zwykłe zagłębienia były zbiorowymi mogiłami.
Czekały ich Pola Śmierci

Niemal natychmiastowo przystąpiono do ewakuacji miasta. Wszyscy otrzymali ten sam rozkaz: „Idź do swojej rodzinnej wioski”. Ludzie nie wiedzieli po co, ale szli, żołnierzom nie wolno było się sprzeciwić. Ludności mówiono, że zapasy żywności są zbyt małe, co było faktycznie prawdą, oraz, że istnieje ryzyko kolejnych bombardowań przez USA, co było akurat bujdą. W ten sposób rozpoczął się wielki proces przymusowej migracji ludności miejskiej, na tereny wiejskie. To właśnie tam, miało powstać nowe, oparte na rolnictwie społeczeństwo, gdzie wszyscy będą równi. Z niemalże 2 milionowego Phnom Penh, w mieście pozostało jedynie 20 tysięcy mieszkańców. Cała reszta została zmuszona do niewolniczej pracy, w warunkach uwłaczających zwierzęciu, a co dopiero człowiekowi. Czerwoni Khmerowie deportowali wszystkich obcokrajowców, a Kambodżę zasłoniła żelazna kurtyna milczenia, za którą przez ponad 3 lata rozgrywał się horror, o jakim nikt nie śnił. Organizacja, bo tak Czerwoni Khmerowie się tytułowali, stała się nieprzeniknioną wyrocznią, która wszystko widziała i wiedziała. Była życiem i śmiercią.

 

Więzienie S-21 i Pola Śmierci

Wyciąg z zasad (tłumaczenie z wikipedii):

  1. Musisz odpowiadać zgodnie z moimi pytaniami. Nie odwracaj ich.
  2. Nie próbuj ukrywać faktów wymówkami to i tamto, masz jasno zabronione sprzeczać się ze mną.
  3. Nie bądź głupcem bo jesteś typkiem, który śmiał stać na przeszkodzie rewolucji.
  4. Musisz natychmiast odpowiadać na moje pytania bez marnowania czasu na namyślanie się.
  5. Nie mów mi ani o swoich niemoralnościach ani o istocie rewolucji.
  6. Podczas chłosty lub porażania prądem nie możesz krzyczeć.
  7. Nie rób nic, siedź w miejscu i czekaj na moje rozkazy. Jeśli nie ma żadnych rozkazów bądź cicho. Kiedy każę ci coś zrobić masz to zrobić od razu, bez protestów.
  8. Nie wymawiaj się Kampuchea Krom w celu ukrycia sekretu lub zdrajcy.
  9. Jeśli nie przestrzegasz wszystkich powyższych reguł dostaniesz wiele, wiele batów przewodem elektrycznym.
  10. Jeśli sprzeciwiasz się któremukolwiek z punktów moich regulacji dostaniesz dziesięć batów lub pięć porażeń prądem.

Teren więzienia wciśnięty w jedną z tych ciasnych uliczek, jakich pełno w Phnom Penh. Trzeba iść po ulicy, chodników tutaj nie ma. Przed bramą wejściową stoi dwóch mężczyzn, jeden z kikutem zamiast nogi, drugi, zamiast ręki. Wystawiają czapki w żebraczym geście. Nie wrzucamy pieniędzy, nie wiem dlaczego. Więzienie S-21 było jednym z wielu, jakie powstały w Demokratycznej Kampuczy. Niegdyś szkoła, z momentem przejęcia władzy przez Czerwonych Khmerów została przemianowana na fabrykę śmierci. W jej murach, swój koniec znalazło ponad 20 tysięcy ludzi. Zamordowanych przez swoich rodaków.

Jeden z budynków S-21
Jeden z budynków S-21

Pierwszy budynek ma trzy kondygnacje. Na parterze znajdują się cele tortur. Kiedyś były to klasy, gdzie młodzież uczyła się matematyki i Khmerskiego. Niektóre cele są puste, w innych stoją metalowe prycze. Wszędzie te same kafelki na podłodze, na wielu z nich zdaje się widzieć jeszcze ślady krwi torturowanych. Na ścianach są jeszcze zdjęcia z więźniami przykutymi do łóżek. Powykrzywiane, ledwo widoczne twarze, te same kafelki, całe we krwi, czerń i biel, horror. Serce zaczyna bić szybciej, łzy napływają do oczu.

Drugi budynek to sale ze zdjęciami. Na fotografiach utrwalających zdobycie Phnom Penh, widać gromadę wiwatujących dzieci i młodzieży. Nieświadomi zbliżającego się piekła. Zdjęcia ofiar, tortur, masowych grobów. Kobiety w takich samych fryzurach, chłopcy i mężczyźni w jednakowych czapkach. U niektórych da się zauważyć lekki uśmiech. Głównie u chłopców. U pozostałych błagalne, beznamiętne, lub pozbawione nadziei spojrzenia. Khmerowi zawsze ubrani tak samo. Czarne koszule i sandały, czapka i chusta w biało czerwoną kratę. Najgorsze są zdjęcia torturowanych i martwych. Ludzkie szkielety obleczone skórą, puste oczy, znowu mnóstwo krwi. Nie wytrzymuję, muszę wyjść i usiąść.

Przykro mi, musicie to zobaczyć.
Przykro mi, musicie to zobaczyć.

Dalej to samo. Zdjęcia, przyrządy tortur, historie więźniów i garstki ocalałych. Z każdą kolejną salą nie wierzymy, że miało to miejsce. Jeden z budynków opatulony jest drutem kolczastym. Żeby więźniowie nie próbowali wyskoczyć i popełnić samobójstwa. Zastanawiamy się, co musieli przeżyć ci ludzie, zanim spotkała ich śmierć. W więzieniu panowała zasada: nie pozwólcie, aby więzień umarł, bowiem wraz z jego śmiercią, możemy utracić ważne informacje o charakterze kontrrewolucyjnym. Więc bili, wieszali, przekuwali, razili prądem. Do granic wytrzymałości, lecz nie pozwalając na wieczny spokój. Horror miał trwać, póki wróg nie powie wszystkiego. A większość z nich nie miała co mówić, powiedziała wszystko i ponad to.  Nie da się tego pojąć, objąć rozumem.

Z 20 tysięcy więźniów przeżyło 12 osób. Kilku z nich dzięki temu, że zostali osadzeni w więzieniu kilka dni przed inwazją Wietnamczyków, a kilku dzięki swoim umiejętnościom, które Organizacja uznała za przydatne. Jeden z drugim przeżyli dzięki umiejętnościom malarskim a trzeci, bo umiał naprawiać maszyny. Jedna kobieta przeżyła z bliżej nieznanych powodów. Dwóch z nich siedzi dzisiaj na dziedzińcu szkoły z rozstawionymi stoiskami. Sprzedają swoje książki, opisujące lata spędzone w S-21.

Cele więzienne. Klitka 1mx2m
Cele więzienne. Klitka 1mx2m. Tu siedział jeden z ocalałych.

W końcu opuszczamy więzienie. Zmęczeni i przygnębieni. Przekładamy Pola Śmierci na następny dzień.

Gdyby nie praca ludzi, chcących upamiętnić to miejsce, można by pomyśleć, że nie ma tutaj nic ciekawego. Można by pomyśleć, że to kawałek zwykłej ziemi, pokryty dołami i kilkoma starymi, zarośniętymi nagrobkami. W rzeczywistości wielki grobowiec. Tutaj, na Pola Śmierci, przewożono ludzi w jednym celu – aby ich zabić. Takich pól jak to, było wiele. Wiele z nich, zapewne do dziś pozostało nieodkrytych.

Stupa na wejściu, ku pamięci ofiar reżimu
Stupa na wejściu, ku pamięci ofiar reżimu

Przy wejściu dostajemy słuchawki z audio przewodnikiem. Wędrujemy po niedużym terenie i przy tabliczkach z numerkami włączamy odpowiedni fragment historii. Większości budynków już nie ma, zostały rozebrane przez Wietnamczyków po wygnaniu Khmerów. Tabliczki stoją w szczerym polu, pod jakimś drzewem, a jedyne świadectwo tego co się tutaj działo, to głos w słuchawkach.

Początkowo przywożono jedynie po kilkadziesiąt osób, głównie z więzienia S-21. Więźniowie nie mieli pojęcia gdzie jadą. Mówiono im o przenosinach, przydziale do innej komuny. Jechali na śmierć. W ciągu trzech lat, liczba dziennych eksterminacji wzrosła do 300. Zabijano szpikulcami, uderzeniami łopaty, siekiery, młotka, podrzynano gardła. Naboje były za drogie. Trzeba było zabijać ręcznie. Na sterty ciał wysypywane są chemikalia, aby zapobiec wydzielaniu się smrodu z rozkładających się ciał. Komuny ludowe znajdujące się nieopodal mogłyby zacząć coś podejrzewać i trzeba by kolejnych zabijać.

Przy jednym z masowych grobów rośnie niewzruszone drzewo śmierci. Roztrzaskiwano o nie niemowlęta. Chwytano dziecko za nóżkę i z impetem uderzano o drzewo. Wszystko na oczach matki, która była mordowana chwilę po tym. Kaci określali tę metodę jako „wygodną i efektywną”.

Drzewo, o które rozbijano niemowlęta
Drzewo, o które rozbijano niemowlęta

Męski głos w słuchawkach opowiada historię jednego z drzew i dołów, znajdujących się wokół niego. Wszystko sobie wyobrażam. Kolejne uderzenie siekierą, kolejna śmierć. Ostatni jęk ofiary i odgłos bezwładnie zwalającego się ciała do masowego grobu. A zawieszony na drzewie głośnik nastawiony jak zawsze na pełen regulator, gra Khmerską muzykę ludową. I warkot silnika diesla, żeby lepiej wszystko zagłuszyć. To ostatnie dźwięki umarłych.

 

Już dobrze

Reżim został obalony 7 stycznia 1979 roku przez wyzwoleńcze wojska wietnamskie. Czerwoni Khmerowie musieli ponownie uciekać do dżungli przy granicy z Tajlandią, gdzie udało im się funkcjonować przez niemalże kolejne 20 lat, aż do śmierci Pol Pota. Absurdalnym wydaje się fakt, że po utworzeniu nowego rządu, główne państwa zachodnie takie jak USA, Wielka Brytania, Niemcy, Australia, Francja czy Chiny, nadal uznawały rząd Czerwonych Khmerów a nawet wspierały go finansowo, podczas gdy kraj mozolnie podnosił się z totalnej ruiny.

O reżimie czerwonych Khmerów zostały napisane całe książki. Tylko okrucieństw, ilu się dopuścili nie sposób zmieścić w krótkim poście. Aby zgłębić temat zachęcam do przeczytania książek:

  • Uśmiech Pol Pota
  • Gdy zabili naszego Ojca
  • Pola śmierci

Bardzo trudno ocenić, kto na tle tych wydarzeń jest katem o kto ofiarą. Ludzie zabijali, bo inaczej sami skazywaliby się na śmierć. Kto, w takim kontekście jest w stanie zawyrokować, gdzie kara a gdzie wina?

Oba miejsca pozostawiły po sobie wstrząsające i przygnębiające wrażenie. Nie mieści się w głowach, jak ludzie mogli na taką skalę zabijać swoich braci, rodaków. Do tego prowadzi każdy skrajny fanatyzm, który być może i logiczny w warstwie ideologicznej, tak często zdaje się kompletnie ignorować najwyższą wartość – wartość życia.

Kiedy uzmysłowiłem sobie, że ten horror rozegrał się jedynie 35 lat temu, za czasów młodości pokolenia naszych rodziców, jestem przerażony. Czy historia nie zatoczy koła, jak to zwykła robić od milionów lat, i znów, gdzieś, pojawi się Pol Pot XXI wieku? Lub co gorsza, może już się pojawił..?

podziel_sie

3 Komentarzy

  1. Ehh, dobra lektura, ale słaby temat do poduszki 🙁
    Zawsze mnie przygnębiają takie historie, a niestety jest ich mnóstwo.

  2. Tomsays:

    Ja tak tylko słowem sprostowania. W 1975r. w Phnom Penh nie mieszkały 2 mln ludzi, tylko jakieś 200-300 tys. czy coś. Pozdrawiam, t.

    • Mariuszsays:

      Hej Tom,
      Jestem prawie pewien, że były to jednak 2 mln. Tak pamiętam z książek, oraz Wikipedia to potwierdza. Może jakieś źródło które wskazywałoby na populację którą podałeś?

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.