Laos – Skuterem przez płaskowyż Bolaven

Wodospady, ludzie, plantacje kawy i herbaty, zimne noce w górach. Tak zapamiętamy naszą 3 dniową wycieczkę po płaskowyżu Bolaven, w okolicach Pakse – największego miasta południowego Laosu. Przedostaliśmy się tutaj autobusem prosto z błogiego relaksu na Don Det, aby dla odmiany zażyć trochę ruchu i przygody. Po przeprowadzeniu krótkiego dochodzenia w internecie, na temat atrakcji okolicy, postanowiliśmy wypożyczyć skuter, zostawić zbędny bagaż i wybrać się na 3 dniową pętlę, liczącą trochę ponad 300 km.

Nie wiedzieliśmy co nas czeka..
Nie wiedzieliśmy co nas czeka..

 

Do Pakse dotarliśmy bez żadnych planów. Nawet noclegu nie mieliśmy zaklepanego, bo przecież i tak nikt tutaj nie przyjeżdża. Okazało się, że jednak przyjeżdża, i to całkiem sporo ludzi. Na szczęście cała baza turystyczna, jak to zwykle bywa w azjatyckich miastach, znajduje się na przestrzeni kilometra kwadratowego, więc nie zmienia to faktu, że problemów z noclegiem nie mieliśmy. Znaleźliśmy szybko ładny, przestronny pokój z wifi, za jedyne $12. Pakse w pierwszej chwili nas oczarowało. Jest to całkiem spora mieścina, bo mieszka tutaj 80,000 ludzi, ale gdyby nie te oficjalne dane, ocenilibyśmy te liczby na bliższe 10,000. Nie ma tutaj w ogóle wysokiej zabudowy, dominują postkolonialne kamieniczki i dwupiętrowe domki. Największym szokiem był bardzo mały ruch, dało się przejść bezstresowo przez ulicę! W następnej kolejności zadziwił nas brak walających się mas śmieci! Nie nagabywali nas sprzedawcy ani kierowcy tuk-tuków, a nawet jeśli któryś próbował to i tak miało się wrażenie, że w głębi duszy ma nadzieję, że odmówimy. Przepraszam, czy my nadal jesteśmy w Azji? – myśleliśmy. Tak wielki kontrast z Kambodżą, gdzie natarczywość była najczęściej spowodowana desperacją. Tutaj bieda piszczy w równym stopniu, ale mieszkańcy radzą z nią sobie o niebo lepiej. Walka o klienta? Pojęcie nieznane. Dopiero powykrzywiani żebracy i dzieci proszące o „łan dola” przypominają nam, że cały czas jesteśmy na dalekim wschodzie. Dziwne i ciekawe to Pakse. Jedno z największych miast w kraju a i tak czuć się jak na wsi. Cóż, Laos.

Jak na wsi
Jak na wsi

 

Po jednym dniu nadrabiania zaległości, spowodowanym obijaniem się na wyspach Mekongu, trzeba było wyruszyć na spotkanie przygody. W internecie znaleźliśmy poglądowy plan pętli, wokół płaskowyżu Bolaven. Na naszej trasie miały się znaleźć liczne wodospady, jeszcze liczniejsze plantacje kawy, plemiona i góry. Trasa z grubsza liczyła 300 km, więc zakładaliśmy dwa noclegi po drodze, przy spokojnym tempie zwiedzania. Wieczorem przepakowaliśmy kilka ciuchów do jednego plecaka a resztę rzeczy wrzuciliśmy do drugiego, aby móc zostawić go w depozycie. Wziąłem nawet bluzę, ponieważ mieliśmy spędzić jedną nockę na 1300 m., a na takich wysokościach nie ratują nawet tropiki.

Zwarci i gotowi do drogi.
Zwarci, gotowi i jeszcze czyści

 

Początkowo chcieliśmy wziąć skuter z automatyczną skrzynią biegów, ale Pani w sklepie odradziła nam ten wybór i zamiast tego poleciła półautomat. Argumentowała to tym, że automat z dwójką ludzi na pokładzie nie pociągnie pod niektóre górki. No cóż, godzinę jeździłem jawką, więc żadna skrzynia biegów mi nie straszna! Zgodziliśmy się, że półautomat może być lepszym pomysłem, i tym samym do dyspozycji otrzymaliśmy Honde Wave o pojemności 100cc. Sprawdziłem czy wszystko działa, zrobiłem rundkę kontrolną, aby w razie czego zabić tylko siebie, i byliśmy gotowi do drogi. Przy wyjeździe z miasta po obu stronach wyłaniały się i ciągnęły przez dobry kilometr stragany z arbuzami. Arbuz na arbuzie, dosłownie. Pewnie było ich tam z milion. Tomasz byłby w raju!

Arbuzowy raj
Arbuzowy raj

 

Cały trip można podsumować jednym słowem – wodospady. Odwiedziliśmy osiem z nich i na każdym spędziliśmy trochę czasu. Zew gnał mnie przez większość czasu po wodzie i kamieniach, a Marta wyjątkowo wcieliła się w rolę fotografa, czego efektem jest więcej niż zwykle zdjęć z moją facjatą. Byliśmy też na jednej plantacji kawy, ale szczerze mówiąc nie zrobiła na nas większego wrażenia.

Ale tu zimnoooo
Ale tu zimnoooo

 

Pierwszego dnia około 15 dotarliśmy do Paksong i tam musieliśmy złapać jakiś nocleg, ponieważ wiedzieliśmy, że przez następne 70 kilometrów nie będzie nic. W dodatku było pochmurno i bez słońca było naprawdę zimno podczas jazdy. W nocy, podejrzewam, że temperatura spadła do około 10 stopni! Musieliśmy opatulić się w bluzy i spać pod kocem i kołdrą, bo inaczej było za zimno. Mała namiasta tego, co czeka nas w Polsce po powrocie. Drugi dzień miał nas prowadzić przez część tajemniczego szlak Ho Chi Minha, którym podczas wojny w Wietnamie szmuglowano broń dla oddziełów Vietkongu. Mogę napisać jedynie tyle, że jedyne co z owego szlaku pozostało to asfaltowa droga. Nie udało nam się niestety natrafić na żadne pozostałości z tych, przecież nie tak odległych czasów. Jeszcze 2-3 lata temu prowadziła tutaj czerwona droga, z typową, czerwoną od pyłu roślinnością na poboczach. Tyle dobrego, że tego dnia trafiliśmy na dwa przepiękne, dziko położone wodospady, gdzie byliśmy sam na sam z przyrodą. Nie sądziłem, że po dniu poprzednim coś mnie może jeszcze zaskoczyć, ale zostałem miło zaskoczony. Miejsca były wprost cudowne, co przynajmniej częściowo możecie zobaczyć na zdjęciach. Udało nam się też trochę pojeździć po mniejszych drogach i ogólnie pooglądać górskie widoki. Jazdę umilały nam też małe prosięta, wyskakujące tu i ówdzie. Dopóki nie wyrosną z nich dorodne lochy, są naprawdę słodkie. Podobnie jak każde małe zwierzątko, wywoływały w Marcie promienny zachwyt.

Epicki wodospad i mały, szary człowieczek
Epicki wodospad i mały, szary człowieczek

 

Z racji tego, że poprzedniego dnia zrobiliśmy tylko 60 km trzeba było trochę podgonić i skończyło się na 150 kilometrach. Odkryłem, że podróżowanie na skuterze po azjatyckim kraju może być wspaniałym pomysłem. Jest tani, wygodny i pozwala dziennie pokonywac względnie duże odległości. Jedna opcją jest wypożyczyenie skutera na miesiąc (z reguły koszt około $100), lub kupno i sprzedaż. W internecie znajduje się sporo informacji na ten temat.

Ostatniego dnia, zgadnijcie co? Tak jest, wodospady. Trochę nam już zbrzydły, ale przy jednym z nich na szczęście była przyjemna okolica, która na myśl nasuwała nam polską, jesienną scenerię. Rano trochę nakombinowaliśmy się ze znalezieniem jedzenia, bo w wiosce w której spaliśmy nikt nie znał angielskiego a nasz laotański ograniczał się do klasycznego zestawu, czyli dzień dobry, dziękuję, do widzenia. Po dłuższej chwili ustalania, co może się znaleźć w naszym daniu a co nie, zaserwowano nam zupę. Wracając już do Pakse zawitaliśmy także na małą plantację kawy, gdzie nawet ja, przeciwnik tego napoju, skusiłem się na jedną filiżankę. Już od jakiegoś czasu wiem, że polubiłbym kawę, ale skoro nie znajduje się w sidłach nałogu, to po co zaczynać. Po południu skończyliśmy naszą wycieczkę a licznik na skuterze wskazał 340 kilometrów.

Żołnierska poza do zdjęcia, szacun.
Jak widać, na plantacji kawy praca wre

 

Podczas jazdy mieliśmy kilka niebezpiecznych sytuacji, ale na szczęście udało się wyjść obronną ręką. Szczególnie zdradliwa okazała się kombinacja: przedni hamulec pod ręką, tylni pod nogą. Odruchowo, tak jak w skuterze z automatyczną skrzynią biegów, hamowałem na początku ręką. Było to szczególnie niebezpieczne na kamienistym podłożu. Mieliśmy ze dwie takie sytuacje, ale ratowaliśmy się podpierając rozchwiany skuter nogami. Podczas wycieczki w końcu udało nam się trochę uciec od świata i pobyć sam na sam z naturą. Turystów po drodze spotkaliśmy bardzo mało a z drugiej strony z dala od miejsc turystycznych przez barierę językową z localsami nie dało się pogadać. Mimo wszystko była to bardzo udana wycieczka, którą polecamy każdemu, przebywającemu na południu Laosu.

No po prostu pięknie, Marcie się podobało!
Marta jak zawsze zadowolona

 

Informacje praktyczne:

8000 kip = $1

Skuter – Do wypożyczenia w Pakse, niemal na każdym kroku. Koniecznie trzeba sprawdzić, czy skuter ma sprawne hamulce, światła oraz czy dobrze odpala. Po nocy na wysokości my swój musieliśmy odpalać z kopa. Warto też zwrócić uwagę na opony, aby nie miały totalnie zjechanego bieżnika. Dzienny koszt wypożyczenia skutera to 50,000 kip, natomiast automat kosztuje około 90,000. Cena benzyny waha się między 8,000-10,000 kip a na tankowaniu za $3 można przejechać około 120 km. Stacje rozsiane są dość gęsto i często, więc z paliwem nie ma problemu.

Nocleg – Noclegi znajdują się zazwyczaj w sąsiedztwie miasteczek Paksong, Thathet Sekong, oraz na trasie Pakse – Paksong. Jednak największą i najbardziej zróżnicowaną bazę ma miasteczko Tadlo, najpopularniejsze wśród turystów. Dwuosobowy pokój można znaleźć za 40,000-80,000 kipów.

Bagaż – wiele miejsc oferujących skutery, daje także możliwość przechowania niepotrzebnego bagażu. Upewnij się, w jakich warunkach bagaż będzie przechowywany. Co do samej zawartości plecaka, nam wystarczyło po 2 koszulki, bluza, długie spodnie, oraz bielizna. Ręczniki będziecie mieli dostępne w miejscu noclegu. Przydatne sa także okulary na skuter i krem do opalania. My tego drugiego zapomnieliśmy i teraz mój nos wyglada jakbym chlał od tygodnia bez przerwy! Jeśli jesteś zmarźlakiem, jak Marta, rozważ zabranie dodatkowej bluzy, nocami jest naprawdę zimno!

Mapa – Trzeba wziąć poprawkę na ogólnodostępne mapy, które są bardzo mocno poglądowe a w większości przypadków nazwy obiektów nie zgadzają się wcale, albo jedynie połowicznie, z faktycznym stanem rzeczy.

Prócz 70 kilometrowego odcinka starego szlaku Ho Chi Minha, wszędzie znajduje się jakaś infrastruktura turystyczna, więc obszar jest naprawdę prosty i przyjazny dla każdego typu turysty. Jeśli Ci się nie spieszy, nie ma sensu wykupywać w mieście jałowej, jednodniowej wycieczki objazdowej, skoro samemu można zrobić to i dużo więcej na swój własny, unikalny sposób.

podziel_sie

Jestem miłośnikiem podróży, Rosji i filozofii dalekowschodniej. Uważam, że w życiu najważniejszy jest balans. Uwielbiam książki i marzę o zbudowaniu w domu wielkiej biblioteczki. Nie wyobrażam sobie życia bez biegania na orientację. Ciągle szukam czegoś nowego.

2 Komentarzy

  1. koconasays:

    Niesamowite są te arbuzy! Mojej mamie tak się spodobało zdjęcie Mańka na tle epickiego wodospadu, że wrzuciła je sobie na pulpit. Jesteś gwiazdą u mnie w domu:) pozdro!

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.