Ałtaj 2017 – Nowosybirsk

Powiem Wam, że Rosja uzależnia. Przyciąga swoimi przepastnymi, nieskończonymi przestrzeniami. Już trzeci raz dane mi było pojechać do tego kraju, a po raz drugi samotnie. Plany miałem zgoła inne niż ostatnio. Nie szukałem samotności podczas 10 dniowej wędrówki po dzikich syberyjskich górach ani hardkoru, który połechta moje ego. W zasadzie niczego nie szukałem, i zdaje mi się, że właśnie to było kluczem do tej podróży. Zaplanowałem z grubsza trasę przejazdu, z miejscami które chciałem odwiedzić. I tak wiedziałem, że zdany będę na łaskę marszrutek albo ludzi którzy łaskawie zdecydują się mnie podwieźć.

Tym sposobem, w ciągu 3 tygodni przejechałem, głównie autostopem, prawie 2 tysiące kilometrów, wiele z nich Czujskim Traktem – jedną z najpiękniejszych dróg świata, wszedłem na mój pierwszy lodowiec, kąpałem się w błękitnej wodzie rzeki Katuń, zostałem wyrzucony ze strefy przygranicznej, w której przebywałem nielegalnie i przemaszerowałem z plecakiem dobrze ponad 100 kilometrów. Były niespodziewane spotkania, wspaniali ludzie, przygody, noclegi i nagłe zmiany planów. Słowem wszystko, czego mogłem chcieć.

Do Nowosybirska leciałem samolotem z przesiadką w Moskwie. Najjaśniejszym punktem było poznanie złotej medalistki Mistrzostw Świata z Londynu w skoku wzwyż – Marii Lasitskene. Zaczepiłem ją na chwilę żeby pogratulować medalu i wypluć z siebie pierwsze słowa po rosyjsku. Początkowo byłem zdziwiony, że z Warszawy leci kompletnie anonimowa, ale już na lotnisku w Moskwie czekał na nią cały komitet powitalny z orkiestrą i ministrem sportu na czele.

W stolicy Rosji po raz pierwszy skorzystałem z Ubera, żeby przedostać się na drugie lotnisko oddalone o ponad 40 kilometrów od rozpasanego Szeremietiewa. Mój kierowca – Iwan, pochodził z Kaukazu i co roku spędzał w Moskwie 6-7 miesięcy pracując dla Ubera, zarabiając na tym około 6-7 tys złotych miesięcznie. Auto bierze z wypożyczalni i jeździ po 10-12 godzin dziennie. Zadał mi szereg pytań poczynając od cen poszczególnych produktów w Polsce na głównych problemach społecznych kończąc. Na większość z nich trudno mi było jednoznacznie odpowiedzieć, bo co to za pytanie: „W miastach macie szerokie czy wąskie ulice?” albo „Czy u was mężczyźni dużo palą?”.

Po niemal dobie w podróży, nad ranem wylądowałem na lichym lotnisku w Nowosybirsku. Wyszedłem przed budynek i zacząłem rozglądać się za przystankiem autobusowym. Wyglądając jak typowy turysta od razu przyciągnąłem do siebie jakiegoś taksówkarza. Z zasady zawsze ich zbywam. Tym razem jednak, z czystej ciekawości spytałem o cenę i gdy usłyszałem trista piatdziesiat, co równało się około 20 złotym, postanowiłem dać facetowi zarobić i przystałem na jego ofertę. Droga do miasta upłynęła w miłej atmosferze pogawędki, co zupełnie nie zapowiadało finału tegoż przedstawienia.
Dojechawszy na miejsce wręczyłem kierowcy 500 rublowy banknot. Nagle spochmurniał, przewrócił oczami i mówi, że mało.

– No jak, przecież umawialiśmy się na 350
– Nie nie, powiedziałem tri sto piatdziesiat (czyli 3150)

Wyciągnął ze schowka cennik, na którym widniały jakieś kosmiczne ceny z dupy i już wiedziałem, że padłem ofiarą oszustwa. O ja naiwny! Szybka analiza sytuacji stawiała mnie na przegranej pozycji. W bagażniku znajdował się mój plecak z całą elektroniką. Otworzyłem szybę i zaczepiłem przechodnia, szybko wyjaśniając sytuację. Ten tylko wzruszył ramionami i poszedł dalej. Taksówkarz zaczął się robić agresywny. Musiałem podjąć szybką decyzję, walka czy kapitulacja.

Zapłaciłem.

Tak mnie przywitał Nowosybirsk. Zostawił wściekłego na taksiarza – szmaciarza i oszusta, ale również na siebie, że dałem się wyrolować jak dzieciak. Żeby się dobić sprawdziłem ceny Ubera za przejazd na lotnisko – 350 rubli. Zły jak nigdy, pomaszerowałem w stronę mojego pierwszego noclegu, od którego dzieliły mnie 3 kilometry. „Spacer dobrze mi zrobi” – pomyślałem.

Ruslan jeszcze spał jak przyszedłem, mimo, że na zegarze dochodziła 12. Umówiliśmy się na couchsurfingu, że mnie przyjmie na jedną noc i pokaże miasto. Nie marzyłem o niczym innym niż o śnie po 30 godzinach w podróży, ale nie chciałem wstawiać lipy człowiekowi, zwalając mu się do mieszkania i idąc spać. Robiąc dobrą minę do sennej gry, poszliśmy zwiedzać Nowosybirsk.

Stolica Syberii ujawniła mi się jako betonowa dżungla z poupychanymi gdzieniegdzie parkami i romantycznym nabrzeżem Obu. Skwery, nad nazwami których lokalne władze zanadto zastanawiać się nie muszą, bo to zawsze skwer Lenina, Marksa albo Puszkina, są smutne, szare, nieciekawe. Typowo sowieckie – to określenie dobrze oddaje ich obraz. Rozwój miasta przypadł na lata wojny, kiedy to Nowosybirsk stał się militarnym zapleczem Moskwy, więc również na próżno szukać tu wiele historii.

Wieczorem, wraz z nowo poznaną Hiszpanką, przebywającą w mieście na intensywnym kursie rosyjskiego, Ruslan zabrał mnie do swojego ulubionego lokalu. Ściany ukraszone dywanami i pstrokatymi wzorkami oraz grubo ciosane drewniane stoły nakryte kolorową ceratą i ogólny kicz nie pozostawiał złudzeń, że jesteśmy w Rosji. Do kotleta, pod stroboskopowym światłem, przygrywała para muzyków, gdzie facet dawał z siebie wszystko na keyboardzie a wokalistka serwowała nam utwory typu „Bukiety białych róż”. Słyszycie już ten dźwięk syntezatora i łagodny, melodyjny kobiecy głos z lat 60? Bo ja tak.

Kiedy Ruslan zamawiał nam jedzenie a później taksówkę dla Any, naszła mnie myśl, że sposób, w jaki Rosjanie komunikują swoje potrzeby zupełnie nie znosi sprzeciwu. Konstrukcja języka sprawia, że nie usłyszymy tam wprost zwrotów grzecznościowych takich jak: czy mógłbym, chciałbym, prosiłbym. Nie. Krótkie, zwięzłe polecenia które odmowy nie biorą pod uwagę.

Uznawszy, że jeden dzień w stolicy Syberii wystarczy, zacząłem planować jak następnego dnia dotrzeć do Gornoałtajska – wrót Ałtaju. Zapowiadała się długa, niemal 9 godzinna, jazda autobusem. Nie szkodzi. W końcu nie cel, lecz droga mi miła.

 

KOLEJNA CZĘŚĆ >>>

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.