Nasze wrażenia z Bangkoku

Po dość wyczerpującej podróży, głównie za sprawą nieprzespanych ośmiu godzin na lotnisku Doha w Katarze, w końcu udało nam się dotrzeć do parnego Bangkoku. Po wyjściu z samolotu, tropikalny klimat momentalnie chwycił nas za gardła. Wysoka wilgotność i temperatura sprawiają, że po upływie kilkunastu minut po plecach ciurkiem zaczyna spływać pot a ubrania dziwnie się lepią do spoconej skóry. Ciężko było oczekiwać innej reakcji organizmu po przylocie z już coraz bardziej zimowej Polski. Skierowaliśmy nasze kroki do hali przylotów i po sprawnej odprawie wizowej mogliśmy powiedzieć, że Azja stoi dla nas otworem. Marta już opisała nasze pierwsze chwile w Bangkoku a spędziliśmy tutaj jeszcze kilka dni, mając okazję nieco liznąć tej wielokulturowej mieszanki.

Zwiedzanie

Pierwsze dni poświęciliśmy na klasyczne zwiedzanie. Szybki rzut oka na mapę turystyczną i rozeznanie tematu w internecie, pozwoliły nam ustalić mniej więcej co chcemy zobaczyć. Na naszej liście pojawiły się między innymi Pałac Królewski, Wat Pho, Khao San Road i Lumpini Park. Wycieczka na zwiedzanie pałacu i najstarszej świątyni w Bangkoku wiązała się z koniecznością zgłębienia podstaw komunikacji miejskiej. Zazwyczaj jest tak, że przybywając do wielkiego miasta mamy obawy czy nie zagubimy się w gąszczu autobusów, tramwajów, pociągów czy też linii metra. W praktyce okazuje się, że nie taki diabeł straszny jak go malują i nawet komunikacja w takiej miejskiej dżungli jak Bangkok, ma ludzką twarz. Bez problemów pojechaliśmy metrem a następnie przesiedliśmy się do łodzi, kursującej po Chao Phraya – rzece rozcinającej Bangkok na dwie części. W okolicach głównych atrakcji tłoczyły się rzecz jasna rzesze turystów, ale szczerze mówiąc, nie było ich tak wielu jak się obawiałem.  Niemal równie liczni jak turyści, byli wszechobecni naganiacze, a to na tuk-tuka, a to na wycieczki objazdowe. Nasza próba wejścia do Pałacu królewskiego zakończyła się fiaskiem, ponieważ okazało się, że akurat tego dnia odbywa się jakaś ważna uroczystość na jego terenie. Co to była za uroczystość, nie potrafimy powiedzieć ani my, ani pytani przez nas Tajowie. Pożytek był z tego tylko taki, że w kieszeni zostało nam 1000 Bahtów, gdyż przyjemność zwiedzenia królewskiego dobytku kosztuje 500 Bahtów na osobę. Skoro mowa o cenach, to bardzo szybko nauczyliśmy się przeliczać Bahty na złotówki. 100 Bahtów na nasze 10 złotych, więc wystarczy zwyczajnie zawsze ucinać jedno zero. Mimo, że nie udało nam się uzyskać audiencji u Króla, to przy wejściu do Wat Pho powitano nas szerokim uśmiechem. W Tajlandii dominującą religią jest buddyzm, który przenika wszystkie strefy życia przeciętnego mieszkańca tego kraju. Wiąże się to z szeregiem zasad, których należy przestrzegać zwiedzając wszelkiego rodzaju świątynie bądź miejsca kultu religijnego. Podstawową zasadą jest właściwy ubiór, czyli długie spodnie, zakryte ramiona i zdjęte buty. Wszelkie frywolne ciuszki nie są w dobrym tonie i ludzie stojący na straży świątyń przypominają o tym każdemu Januszowi turystyki, który próbuje sforsować wejście w koszulce na ramiączka i krótkich spodenkach. Łagodni Tajowie musieli coś poradzić na niesubordynację zwiedzających i na wszelki wypadek przed najpopularniejszymi świątyniami można wziąć chustę do zakrycia nóg lub ramion. Jeśli już komuś uda się wejść do środka i stanąć twarzą w twarz z wizerunkiem Buddy, nie daj Boże usiąść na podłodze z nogami skierowanymi w jego stronę. Stopy w kulturze buddyjskiej uważane są za nieczyste, dlatego wskazywanie nimi kogokolwiek a już szczególnie Buddy, traktowane jest jako zniewaga i brak szacunku. Stosując się do tych dwóch, zdawałoby się, prostych zasad, można w spokoju obserwować pobożnych Tajów i podziwiać przepiękną sztukę wschodniej Azji. 

Pałac Królewski Bangkok

Opuściwszy mury kompleksu świątyń Wat Pho, udaliśmy się specerkiem na Khao San Road. Według wielu przewodników ulica ta opisywana jest jako „Mekka backpackerów” i można tam zrobić i kupić wszystko, począwszy od garnituru szytego na miarę po fałszywe dyplomy ukończenia Harvardu i tym podobne. O tym, że przewodniki nie bajdurzyły przekonałem się po pierwszym kroku na Khao San. Natychmiast podszedł do nas elegancki Taj i kurtuazyjną gadką zaczął namawiać nas do uszycia sobie ciuchów na miarę. Nim się obejrzeliśmy, staliśmy już w środku sklepu z katalogiem garniturów w ręku.  Trzeba przyznać, że ofertę miał szeroką. Hugo Boss, Versace, Dolce&Gabbana, wszystko w cenie 59 euro. Facet mówił, że maszyny już gorące i czekają tylko na moje słowo. Jedyne na co było mnie stać to „No, thank you” no i maszyny musiały czekać dalej. Kilka kroków dalej stała tablica a na niej, niczym na wystawie, wisiały wszelkiej maści dokumenty, od wcześniej wspomnianego dyplomu ukończenia Harvardu, po wietnamskie prawo jazdy. Miałem wrażenie, że to takie backpackerskie Chinatown. Odważni mogli sobie zrobić tatuaż, zapleść dredy, zamówić tajski masaż lub wybrać coś z całej masy tandety. Najlepszą napotkaną rzeczą okazał się bardzo tani świeżo wyciskany sok z pomarańczy, który był wprost przepyszny. No i muszę wspomnieć, że po raz pierwszy wystawiłem swoje negocjacyjne umiejętności na próbę. Przy okazji zakupu spodni dla Marty, zaproponowałem cenę 200, zamiast 250 Bahtów. Handlarz się zgodził bez mrugnięcia okiem, więc jak mniemam, test zaliczyłem zaledwie na dopuszczający.  Jednym z obowiązkowych przystanków był Lumpini Park. Obowiązkowym, bo spaliśmy praktycznie 200 metrów od niego. Pod względem położenia można go przyrównać do Central Parku w Nowym Jorku. Pośród dzielnicy biznesowej jest jak oaza spokoju, gdzie można się zrelaksować i trochę odpocząć od nieustającego zgiełku ulic. Spacerując sobie alejkami parku co rusz spotykaliśmy jakichś biegaczy lub rowerzystów a także niemalże metrowe jaszczury który jak gdyby nigdy nic, pławiły się w wodzie i wylegiwały na słońcu. Ciekawą obserwacją, odnoszącą się w zasadzie nie tylko do Parku, ale do Bangkoku w ogóle, był fakt, że na każdy kroku spotykało się śpiących ludzi w najróżniejszych miejscach i pozycjach. W pewnym momencie zaczepiła nas jakaś wróżka, która jedyne słowo jakie znała to „Fortuneteler” no i zaczęła wróżyć nam z rąk i gadać jakieś brednie po Tajsku. Ni w ząb niczego nie rozumieliśmy, ale na sam koniec, zgodnie z naszymi przewidywaniami zaśpiewała 20 Bahtów. Dla świętego spokoju zapłaciliśmy za usługę i wróżka poszła męczyć kogo innego. Lumpini Park

Jedzenie

Nie da się ukryć, że przyjeżdżając do Tajlandii mieliśmy wysokie oczekiwania co do tutejszego jedzenia. Na co dzień jesteśmy na diecie roślinnej, więc myślałem, że będziemy jeść tanio, zdrowo i smacznie. Niestety, wbrew naszym oczekiwaniom, Tajowie są równie mięsożerni co Polacy i wybór dań wegetariańskich nie jest wcale taki duży. Przed wyjazdem buńczucznie zapowiadałem, że będziemy żywić się tylko tam gdzie lokalsi, bo to przecież znak, że żarcie jest dobre. Wszechobecne uliczne jedzenie, tak przecież zachwalane przez niemal wszystkich turystów którzy odwiedzili Tajlandię, okazało się być dla nas zupełnie nieatrakcyjne. Większość rzeczy smażona na głębokim tłuszczu no i przede wszystkim z dodatkiem mięsa, to niestety nie nasza bajka. Zdecydowaliśmy się stołować w małych knajpkach, gdzie jest trochę drożej, ale jedzenie zdaje się być lepszej jakości. Póki co trafiliśmy na kilka wegetariańskich perełek, ale do zachwytu nam zdecydowanie daleko. Do gusty za to nam przypadły uliczne stoiska z owocami i świeżymi sokami. My tu trochę marudzimy a Tajowie zdają się jeść wszystko jak leci. Jedzenia jest naprawdę zatrzęsienie ale założę się, że jakby ktokolwiek dostawił swój wózek na brak klientów by nie narzekał. Jest po prostu na tyle tanio, że pewnie nie opłaca się za bardzo samemu gotować, ponieważ koszt dania ulicznego to z reguły okolice 30-50 Bahtów. Słynne Pad Thai

Ludzie

Nasze miejskie wojaże były równocześnie świetnymi okazjami do obserwacji codziennego życia Tajów. Czytając w domu materiały na temat Tajlandii, z pewną dozą dystansu podchodziłem do określenia „Kraj tysiąca uśmiechów”. Podobnie jak w przypadku jedzenia, ponownie okazało się być inaczej niż mi się wydawało. Na szczęście tym razem, wyszło to nam na dobre. Tajowie to uśmiechnięci, pogodni i bardzo pomocni ludzie. Nawet naganiacze, od których usilnie się opędzamy, widząc, że na nic nas nie naciągną, uśmiechają się i życzą miłego dnia. Mając na uwadze, że jest to wielokulturowa stolica, w dużym stopniu mieszkańcy uniknęli zobojętnienia, które jest tak częste dla europejczyków, widzących jedynie czubek swojego nosa. W Tajlandii, odpowiednikiem naszego uścisku dłoni jest gest „Wai”. Podczas powitania, lub podziękowań składa się ręce jak do modlitwy i wykonuje skłon w kierunku drugiej osoby. W zależności od wysokości na której złożone są ręce, można wyrazić większy bądź mniejszy szacunek. Warto wykonywać Wai bez krępacji często i gęsto, Tajowie to doceniają i na pewno dzięki temu łatwiej sobie zjednać ludzi.

Inne losowe obserwacje

Skoro już powyżej pisałem o Wai, przytoczę tu jedną ciekawą reklamę z piłkarzami Manchesteru United w roli głównej. Już nawet nie pamiętam czego to była reklama, ale generalnie wszystko przebiega standardowo: toczy się akcja na boisku, piękne podania, wślizgi, Van Persie przeskakujący nad wszystkimi, strzał, bramkarz wyciąga się jak struna, gol. Radość, łzy, błyski fleszy a na koniec piłkarze podbiegają w kierunku trybun i robią właśnie Wai. Wai wykonuje również Ronald McDonald, czyli ten klaun którego na pewno kojarzycie z McDonaldów.

Wspominałem już wcześniej o transporcie publicznym, który stoi na dobrym poziomie. Co innego muszę powiedzieć o kulturze jazdy i traktowaniu pieszego. Na przykład w porównaniu do Szwecji, Tajlandia stoi na przeciwległym biegunie (a są kraje gdzie na pewno jest gorzej). Przejścia dla pieszych przez 6 pasmową ulicę bez świateł są standardem a pojazdy kołowe zwyczajnie mają tu zawsze pierwszeństwo nad pieszymi. Możemy na palcach policzyć, ile razu nas przepuszczono na pasach. Jedynym rozwiązaniem zdaje się być stosowanie zasady bardzo ograniczonego zaufania i zwyczajne czekanie aż nic nie będzie jechać.

Trzeba być bardzo odpornym na wszelkiej maści naciągaczy. Atakują cię z każdej strony próbując wcisnąć co tylko się da. Podczas zwiedzania Ayutthai jeden facet zaczął nam wciskać w ręce jakieś figurki, ciągle przy tym gadając, żeby sobie coś wybrać, że to talizmany i mają magiczną moc. Oczywiście twardo się upieraliśmy, ale facet był tak natarczywy, że dla świętego spokoju postanowiliśmy kupić jedną za 100 Bahtów. Kiedy zwęszył, że mamy grubsze pieniądze od razu powiedział, że ma wydać, no problem i policzył nam za dwie figurki. Kiedy zacząłem stanowczo się upierać, że chcemy tylko jedną, ten zaczął się śmiać i masować mnie ze słowami: „Nie ma problemu, relax, mam dwójkę dzieci, relax”. Jakoś nie mogłem się denerwować, bo mimo wszystko facet był śmieszny. Odpuściłem mu i zostaliśmy z dwoma badziewnymi figurkami. Morał z tego taki, że najlepiej nie dopuszczać aby kładli wam cokolwiek na ręce 😉

Jednego dnia udało mi się także odwiedzić klub GO, który w końcu znalazłem w internecie. Wyobraźcie sobie jak ciężko sformułować w google zapytanie, aby w Bangkoku znaleźć klub GO a nie go-go. Ludzi całkiem sporo, zagrałem dwie gry z graczami na moim poziomie i musiałem się pożegnać. To co mi się rzuciło w oczy to, bardzo dużo młodzieży, gdzie w Azji w GO z reguły grają ludzie starsi. Zawsze chciałem w Azji pograć w GO i fajnie, że się udało. Klub GO w Bangkoku

podziel_sie

8 Komentarzy

  1. Ładnie, pięknie 🙂
    Długość wpisów nie ma znaczenia, łykamy wszystko 🙂

    Pozdrowienia! 🙂

  2. Jasieksays:

    Super podchodzicie do tego co jest w okół Was! Opisujcie wszystko co widzicie i jest warte uwagi! A na pewno ostatnią rzeczą jest martwienie się o długość wpisu. Przecież jak coś jest istotne nie da się opisać tego w dwóch słowach.

    • Mariuszsays:

      Siema Jasiek!
      Dzięki za miłe słowa. Uważamy dokładnie tak samo, czasami pozornie mało interesujące rzeczy są właśnie tymi najciekawszymi. Wierzymy, że wartością nie jest coś zobaczyć, ale coś doświadczyć 🙂

    • Ewasays:

      Super blog ! Piszcie dużo , dużo i o wszystkim … Czekamy i powodzenia 🙂

  3. ewczaasays:

    ja jestem za wietnamskim prawo jazdy! nigdy nie wiesz co Ci sie w zyciu przyda 🙂
    bawcie sie pysznie i kolorowo!

  4. Oliwciasays:

    Pozdrawiam ~ Oliwia Mariusz wie która 😉

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.