Park Narodowy Mu Koh Lanta

Podczas miesiąca na Koh Lancie można zobaczyć tutaj bardzo dużo. Ostatnio pogodę mamy w kratkę – słońce i deszcz na przemian. W jeden z tych słonecznych dni postanowiliśmy wybrać się na skuterach do jedynego Parku Narodowego na wyspie – Muh Ko Lanta. Od naszego miejsca zamieszkania do parku, dzieli nas 15 kilometrów jazdy. Po kilku kilometrach na południe, we względnie cywilizowanych warunkach, ruch praktycznie zamiera a droga zaczyna się wić, jakbyśmy jechali ku górskiej przełęczy. Jedyne znaki jakie nam towarzyszą, to te informujące o stopniu nachylenia podjazdu lub zjazdu, który najczęściej waha się w przedziale 15-20%. Nasze skutery z wielki trudem, ale dawały radę tym górkom.

Park narodowy Mu Koh Lanta

Naszym pierwszym celem był wodospad w środku dżungli. Według przewodników, od parkingu można się było do niego dostać w 30 minut. Zapłaciliśmy opłatę parkingową i ruszyliśmy na spotkanie z lasem tropikalnym. Szlak był wąski, ale łatwy, więc marsz w sandałach nie nastręczał nam żadnych trudności. Mogliśmy podziwiać tropikalną roślinność a wśród nich ogromne, rozłożyste palmy, wijące się tu i ówdzie pnącza, czy też rośliny, które pierwszy raz widzieliśmy. Przez cały ten czas niezmiennie towarzyszył nam śpiew ptaków. Jeden z nich (chyba był to ptak) wydawał tak przeraźliwie wysoki dźwięk, że dosłownie piszczało w uszach. Po około pół godziny w końcu trafiliśmy na nieduży prześwit, na którym znajdował się wodospad. Żeby dobrze Wam oddać charakterystykę tego wodospadu, można by go przyrównać do trochę przerośniętego prysznica. Z około 10 metrowego urwiska spływały na tyle niewielkie ilości wody, że Jaro postanowił się pod nimi umyć. Wróciliśmy trochę inną drogą i zajrzeliśmy do Jaskini Tygrysa, czyli Tiger Cave. W przypływie kreatywności zacząłem aparatem robić zdjęcia, aby oświetlać nam drogę w jaskini, ale zorientowałem się, że jednak mam przy sobie czołówkę. A już myślałem, że do niczego się nie przyda. W jaskini można było zaobserwować liczne, ciekawe formy skalne, ale najbardziej nas urzekła duża rodzina nietoperzy, zawieszona prawie nieruchomo w jednej z wnęk. Na około był tam co najmniej kilkadziesiąt osobników.

Tiger cave

Powrót z jaskini nie przysporzył kolejnych przełomowych odkryć (jakby do tej pory jakieś były) i ruszyliśmy do samego parku. Jeszcze po drodze zatrzymaliśmy się po prawej stronie, na małym parkingu, z którego prowadziły schody na plażę. Zamknięta między dwoma majestatycznie wzbijającymi się w powietrze na wysokość wieżowca klifami, była kompletnie pusta. Jedyną oznaką człowieka była bambusowa chatka, która niegdyś zapewne tytułowała się barem.

Bar na plaży Koh Lanta

Kolejnym przystankiem był już sam Park Narodowy Mu Koh Lanta. Wejściówka kosztowała 200 Bahtów + 20 za skuter. Nie jest to zbyt wysoka cena, ale zważywszy na fakt, że Tajowie płacą jakieś 20 Bahtów, budzi to niesmak. Zresztą pisałem już o tym w naszym pierwszym wpisie o Koh Lancie. Park jest mały, porównując go chociażby do polskich. Najciekawszym punktem jest latarnia morska, która wznosi się na samym południu wyspy i z której roztacza się piękny widok na resztę parku i okoliczne wyspy.

Park narodowy Mu Koh Lanta

Chodząc po samym parku, można natknąć się na małpy, które są ciekawskie i bez krępacji podchodzą do ludzi. Kiedy kupiliśmy sobie coś do jedzenia momentalnie zebrały się przy nas i zaczęły się nam przyglądać głodnym wzrokiem. Prawie jak planeta małp. Jedna z nich była na tyle pewna siebie, że widząc Martę jedzącą loda, zaczęła na nią napierać dość agresywnie. Marta w napadzie szału rzuciła jej całego loda. Małpa zadowolona zgarnęła zdobycz i czym prędzej przystąpiła do spożycia. A były tabliczki – NIE KARMIĆ. Tak czy inaczej, proces spożycia był dość zabawny, bo zawierał w sobie między innymi uderzanie lodem o stół i różne inne rzeczy. Małpy są nosicielami wścieklizny i potrafią być agresywne w stosunku do ludzi, więc jeśli jakaś krzywo na ciebie patrzy, lepiej się nie zbliżać. Trzeba także uważać, żeby w ich obecności nie zostawiać niczego luzem, bo zdarzają się małpie kradzieże. A takiego złodziejaszka na policję raczej byśmy nie zgłosili. Podczas dalszego zwiedzania natknęliśmy się na sporą grupkę małp małpującą w sadzawce. Śmiechu mieliśmy co nie miara i obserwując ich ruchy, zachowania i mimikę, można było naprawdę się przekonać,  jak niedaleko im do ludzi.

Małpa w parku narodowym Mu Koh Lanta

Na sam koniec przeszliśmy się prawie 2 kilometrową ścieżką dydaktyczną, ale ze znacznym przewyższeniem. Ponownie skończyło sihę na podziwianiu lasu tropikalnego. Po drodze spotkaliśmy grupkę Japończyków. Jeden z nich prosił o cukier. Z ichniejszej gestykulacji wspomaganej angielszczyzną (równie dobrze mogli mówić po japońsku) wywnioskowaliśmy, że jedna z dziewczyn nie ma już siły iść i musi zjeść coś słodkiego. Niestety mieliśmy tylko wodę więc nie mogliśmy pomóc. Przejście szlaku zajęło nam 40 minut i można było ruszyć w drogę powrotną. Dzień był wietrzny, więc nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności spotkania z lekko wzburzonym morzem. Trafiliśmy na przepiękną plażę i w promieniach słońca, co raz przyjmowaliśmy na klatę kolejne spienione fale słonej, morskiej wody.

Park narodowy Mu Koh Lanta

podziel_sie

1 Komentarzy

  1. Oliwciasays:

    Morze i plaża tylko tego wszystkiego trzeba do spokoju 🙂

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.