Koh Lanta, czyli życie na wyspie

Po deszczowym i gorącym Bangkoku przyszła pora na zmianę klimatu. Zapragnęliśmy w końcu doświadczyć błękitnego morza, złotego piasku, palm kokosowych i lekkiej bryzy na twarzy. Jednym z niewielu planów, jaki mieliśmy wyklarowane przed wyjazdem, były przenosiny z Bangkoku na Koh Lantę – jedną z większych wysp na południu Tajlandii. Od celu dzieliło nas około 800 kilometrów i po rozpatrzeniu opcji: pociąg, samolot i autobus, wybór padł na autobus. Wychodziło najtaniej i w dodatku oszczędzaliśmy pieniądze na jednym noclegu, ponieważ kurs był realizowany nocą. Okazało się to być bardzo dobrym wyborem, bo prócz pieniędzy w portfelu, doświadczyliśmy również ciekawej rzeczy. Po kilku godzinach jazdy autobus zatrzymał się przed dużym budynkiem, do którego wprowadzono nas na posiłek. Rzecz jasna, wliczony w cenę biletu. Usiedliśmy przy sześcioosobowym osobowym stole i każdy otrzymał miseczkę „ryżowej owsianki”. Pośrodku stołu znajdowało się obrotowe podwyższenie, na którym leżały cztery półmiski z których można było sobie nakładać dodatki do ryżu wedle uznania. Po takim posiłku ładowaliśmy się do autobusu i już bez przerw dojechaliśmy do Krabi a następnie na Koh Lantę. 

 

Pierwszy dotyk tropików

Na wyspie pojawiliśmy się na niedługo przed startem sezonu. Moglibyście zastanawiać się jak tu wyodrębnić sezon skoro przez cały rok temperatura nie spada poniżej 25 stopni. Główną rolę odgrywa nasilenie opadów, które największe jest w okresie od czerwca do października a najmniejsze od listopada do marca. W tych właśnie miesiącach jest tzw. „high season”. Jaro, który trochę później zreflektował się na naszą miejscówkę musiał wynająć domek samotnie i zapłacić jak za zboże, ale patrząc na otoczenie wydawane pieniądze nie bolały tak bardzo. Bez certolenia szybko udaliśmy się na plażę, aby zrelaksować się po długiej podróży. Przywitała nas piękna, długa, piaszczysta plaża, wzdłuż której ciągną się wszelkiego rodzaju resorty i bary. Woda Morza Andamańskiego w promieniach słońca mieniła się pięknymi błękitami, zachęcając do kąpieli. Chyba nie muszę dodawać, że od razu wskoczyliśmy do wody, która miała chyba ze 30 stopni. Na plaży ludzi było na tyle mało, że bez problemu można było poczuć się prawie jak sam na sam z naturą. Jest pięknie, ale na pewno trochę brakuje do mojej definicji tropikalnego raju. Do tej definicji pasują za to zachody słońca, które są najpiękniejszymi jakie w życiu widzieliśmy. W towarzystwie Changa można się na nie gapić bez końca.

Koh Lanta beach

Szusowanie po wyspie

Każdego dnia cieszymy się ciepłym morzem, piaskiem i słońcem, no ale ile przecież można leżeć plackiem na plaży. Lanta jest całkiem sporą wyspą, o długości 27 kilometrów. Zdecydowanie najlepszym sposobem na zwiedzanie i przemieszczanie się jest wypożyczenie skutera. Usługę tę oferują praktycznie wszyscy, począwszy od resortów, na sklepikarzach kończąc. Co prawda nigdy nie jeździliśmy na skuterach, ale przecież co to może być za filozofia. Wyszliśmy z założenia, że skoro umiemy jeździć na rowerze, to umiemy również na skuterze! Okazało się to słusznym podejściem, bo jazda okazała się banalnie prosta i już po chwili praktyki cała wyspa stała otworem. Dzienny koszt wynajmu waha się w granicach 200-250 Bahtów (przy dłuższych pobytach można wynegocjować dużo mniej) a litr benzyny kosztuje około 40 Bahtów, więc dzieląc to na dwie osoby dostajemy bardzo tani środek transportu. Od razu mianowałem się na głównego kierowcę a Martę na moją pasażerkę. Póki co, nie protestuje:) Zwiedzanie wyspy na skuterze to świetna zabawa, mamy dużo radochy z samej jazdy. Do tej pory wybieramy się na niezaplanowane wycieczki, chcąc po prostu mniej więcej poznać wyspę. Piękne plaże sąsiadują z górami i dżunglą, w której – według lokalsów – można natknąć się na węże i skorpiony. Na nasze szczęście nie musieliśmy się o tym jeszcze przekonywać i dobrze, gdyby tak zostało.

Koh lanta na skuterach

Poszukiwanie mieszkania

Przyjeżdżając tutaj, uznaliśmy, że zamiast skakać z wyspy na wyspę, warto pozostać dłużej w jednym miejscu, spróbować bardziej poczuć klimat i najwyżej robić z bazy krótkie, jednodniowe wypady. Zaczęliśmy więc po dwóch dniach szukać mieszkania. Los rzucił nas do pewnego baru przy plaży, w którym zaczęliśmy rozmawiać z właścicielem. Od słowa do słowa, jakoś wyszło, że szukamy mieszkania a on postanowił nam pomóc. Rozmawiając z nim, dowiedzieliśmy się, że jest rdzennym mieszkańcem, choć niełatwo było się dogadać łamaną angielszczyzną. Był sympatyczny i wydawało się, że naprawdę chce nam pomóc. Następnego dnia umówiliśmy się z nim o 10 rano i pokazał nam trzy mieszkania. Pierwsze z nich nie miało internetu więc odpadło w przedbiegach. Drugie okazało się zwykłymi bungalowami bez kuchni, więc nie byliśmy zainteresowani. Trzecie wygląda najlepiej ale.. jeszcze potrzeba tygodnia na wykończenie wnętrza. Wszystko wygląda już bardzo ładnie, jest nowa kuchnia, tylko trzeba poczekać tydzień. Z właścicielem uzgodniliśmy, że wprowadzimy się za tydzień, na cały miesiąc i zapłaciliśmy 1400 Bahtów depozytu. Niby wszystko fajnie, ale jednak coś nie dawało nam spokoju. O ile facet był cały czas miły, tak nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że jednak mimo wszystko próbuje nas naciągnąć na dość wysoką cenę. Mimo to zgodziliśmy się, bo po długich poszukiwaniach w internecie po prostu nie znaleźliśmy nic lepszego. Po fakcie trochę żałowaliśmy wpłaconego depozytu aż tydzień wcześniej, no bo właściwie z jakiej okazji. Oczywiście nie mamy żadnych powodów, żeby podejrzewać, że chcą nas bezczelnie oszukać, ale mimo wszystko z naszej strony nie było to najlepsze posunięcie. Przede wszystkim taj mówiący „za tydzień”, to nic szczególnie wiążącego, po drugie, po prostu bezsensowne jest płacenie depozytu za coś, czego nie mamy na dobrą sprawę. Dzień później, dzięki porannym zajęciom jogi, zupełnie przypadkiem trafiliśmy do jednej z niewielu restauracji wegetariańskich na wyspie, prowadzonej przez Polaków. Arek – przemiły właściciel – zaoferował nam swoją pomoc w załatwieniu mieszkania. Mieszka tutaj już trzy lata i zna mniej więcej realia wyspy. Cena oferowana przez jego znajomych okazała się dwa razy lepsza. Sprawa mieszkania pozostaje więc cały czas otwarta i jej finał na pewno opiszemy na blogu.

 

Chodzące bankomaty

Po kilku dniach na wyspie, nie możemy oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy traktowani jak chodzące bankomaty. Bangkok, mimo bycia wielkomiejskim kotłem cudzoziemców, sprawiał w tej materii pozytywniejsze wrażenie. Być może ma na to wpływ fakt, że 80-90% mieszkańców wyspy to muzułmanie, ale nie jesteśmy w stanie tego zweryfikować. Być może tak to po prostu wygląda w turystycznie popularnych destynacjach. Większość uśmiechów wydaje się sztucznych, aby tylko zwabić klienta w swoje macki. O ile wystarczy z uśmiechem odmawiać, to z czasem robi się to dla nas lekko irytujące. Zdaje się, że musimy uporać się z tymi myślami i nie pozwolić, aby psuły nam radość z wyjazdu. W większości ludzie tutaj są naprawdę biedni a dla turystów z zachodu cena to zwykle dwu lub trzykrotność tego co by zapłacił taj. Arek z cafe Kunda, po prostu radził nam pogodzenie się z tym i targowanie się tam, gdzie jest to możliwe. Czytałem również o podwójnym systemie cenowym w Tajlandii, który zazwyczaj stosowany jest przy wejściach do parków, świątyń, itd. lub też w miejscach popularnych turystycznie. W przypadku wejściówek, obcokrajowcy, czyli „Farangi” często płacą dwu, lub nawet dziesięciokrotność tego co tajowie! Budzi to spory niesmak, ale skoro i tak ceny które płacimy, według polskich realiów są do zaakceptowania, to nie jest tak źle.

Chodzący bankomat

Joga

Aby nieco „zluzować poślady” poszliśmy na jogę. Zajęcia są prowadzone na tarasie z widokiem na morze i są świetnym sposobem na rozciągnięcie swojego ciała i wyciszenie się. Półtorej godziny ćwiczeń porządnie nas wymęczyło, ale później czuliśmy się znakomicie. Bardzo nam się podobało i na pewno jeszcze nie raz tam wrócimy. Koszt jednych zajęć w Oasis Yoga to 400 Bahtów. Pewnie dlatego uczęszczają tylko białasy:)

 

Powoli staramy dostosować się do rytmu życia na wyspie. W planach mamy bardzo dużo fajnych rzeczy do zrobienia. Lekcje gotowania, wypady na pobliskie wyspy, snorkeling, zwiedzanie jaskiń, relaksing, no i oczywiście pisanie bloga. Zaczynamy tylko trochę tęsknić za poranną owsianką, ale mamy nadzieję, że jak będziemy już mieć własne lokum z kuchnią, uda nam się jakoś zdobyć składniki. Pozdrawiamy!

Zachód słońca przy piwku Chang

 

podziel_sie

12 Komentarzy

  1. Zazdrosny Miechsays:

    Jak ja bardzo was nie lubię ! 😉

  2. Nieźłe 🙂

  3. Dobrze że napisaliście o tej owsiance bo myślałam, że tylko ja Wam zazdroszczę. A jednak Pabianice mają jakieś plusy 🙂

    • Mają i to nie jeden. Dodatkowym plusem jest pizza 😀 Dziś doszliśmy do wniosku, że któregoś pięknego dnia udamy się do tutejszej pizzerii i zobaczymy co nam podadzą. Pewnie zapłacimy srogo 🙁 Od dziś rozpoczął sie sezon. High season + danie zachodnie = dużo THB

      • A byliśmy na pizzy wczoraj 😛 albo była wyjątkowo dobra albo po tych 3 dniach na koktajlach wszystko mi lepiej smakuje 🙂

        • Mariuszsays:

          Już udało nam się zdobyć składniki i jutro pierwsza owsianka! A dziś też zjedliśmy pyszna pizzę. Nadal brakuje nam wielu codziennych składników z Polski ale będziemy szukać i szukać 🙂

  4. kocisays:

    Fajnie się ogląda Wasze focie, Marta jesteś taka odprężona, lubię to! No i Popławska w komplecie:)

    • Koci, ja też to lubię! 😀 Początki w Bangkoku nie były takie odprężające, ale teraz.. wróciłam do żywych 🙂

  5. Pawełsays:

    Przyślijcie trochę pogody DHL-em:)

  6. Ewelinasays:

    Jaro, buziaki dla Ciebie tez 🙂

  7. Chrupeksays:

    Jednym słowem: bajka!

    PS. Odpiszcie mi na maila proszę

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.