Życie ascety, czyli 10 dni medytacji w Suan Mokkh – część I

Cały czas będziemy poruszać się po podłożu duchowo-filozoficznym więc uraczę Was wstępem w takimże klimacie. Chyba każdy z nas w pewnym momencie życia postawił sobie pytanie, czym właściwie jest szczęście? Zapewne wielu na nie odpowiedziało mniej, lub bardziej precyzyjnie. To pytanie nie ominęło również nas. Po wielu próbach definiowania i redefiniowania szczęścia, zawsze okazywało się, że to nie to. Pozostawało nieuchwytne, bo kiedy już nam się wydawało, że łapiemy szczęście za nogi, wymykało się i przybierało inną postać. Mamy tendencję do umieszczania naszego szczęścia w przyszłości i warunkowania go, przy czym owe warunki, zawsze różnią się od stanu obecnego. Chęć zmiany w naturalny sposób doprowadziła nas do zainteresowania się filozofią i rozwojem duchowym. Po przeczytaniu wielu książek i wysłuchaniu ludzi, którzy zdają się być autorytetami w tych sprawach, można było stwierdzić jedno – szczęście jest tylko tu i teraz. Szkoda tylko, że sama wiedza nijak się ma do praktyki. Życie w teraźniejszości jest dla przeciętnego człowieka strasznie trudne.

Podczas naszego wyjazdu do Azji, chciałem udać się do jakiegoś klasztoru lub ośrodka, na 10. dniową medytację i spróbować, przez ten czas skupić się na własnym wnętrzu, lepszym poznaniu swoich myśli, emocji, po prostu siebie. Podczas miesiąca na Koh Lancie spotkaliśmy dwie osoby, które na takiej medytacji były i szczególnie polecały jeden ośrodek – Suan Mokkh. Dziesięć dni w milczeniu, dwa posiłki dziennie, pobudka o 4. rano, wiele godzin medytacji na piasku, zgodnie z pierwotnymi naukami Buddy. Wspólnie postanowiliśmy sprawdzić siebie i decyzja zapadła – jedziemy. Do wyboru mieliśmy jeszcze rajskie wyspy a mimo to, zdecydowaliśmy się spędzić 10 dni w zamknięciu, śpiąc na bambusowej macie. Do tej pory nie do końca pojmujemy irracjonalność tego wyboru.

 

Trochę się baliśmy…

Przed przyjazdem do Suan Mokkh mieliśmy szereg obaw. Ja głównie bałem się od strony fizycznej, że nie będę w stanie wysiedzieć tyle godzin przez ból pleców i nóg. W domu od czasu do czasu praktykowałem medytację po 15 minut dziennie a zgodnie z planem, sesje miały trwać od 30. do 45. minut. Marta bała się, że dwa posiłki dziennie okażą się niewystarczające i będzie chodzić głodna. Trzeba ze wstydem przyznać, że na Lancie trochę popłynęliśmy z żarciem i bywały dni kiedy zdecydowanie nie wykazywaliśmy umiarkowania. Rekordem była kolacja, podczas której prawdopodobnie zjedliśmy dwa regularne obiady. Baliśmy się też, że ciężko będzie wytrzymać taki okres będąc razem, ale osobno. Baliśmy się, że nie wytrzymamy konfrontacji ze swoimi myślami i któreś z nas pęknie wcześniej. Byliśmy jednak zdeterminowani, chcieliśmy zostać od początku do końca, gdyż według naszych znajomych z Lanty, dopiero wtedy Retreat mógł przynieść zmianę.

Retreat w Suan Mokkh, czyli odwet (chwilowy) od otaczającego nas świata, zawsze zaczyna się pierwszego dnia każdego miesiąca. Wystarczy pojawić się dzień wcześniej, zarejestrować, wnieść opłatę 2000 Bahtów (200 zł) i do boju. My w Suan Mokkh pojawiliśmy się z dwudniowym wyprzedzeniem, bo inaczej byśmy nie zdążyli dotrzeć z Lanty. Kierowca busa wyrzucił nas przy głównym ośrodku klasztornym, z którego do centrum medytacji były jeszcze 2 kilometry marszem. Z naszymi plecakami taki dystans to bułka z masłem i po krótkim czasie dotarliśmy do ogromnego ośrodka, osadzonego pośród lasu, palm i gorących źródeł.

Suan Mokkh, teren ośrodka
Suan Mokkh, teren ośrodka

 

A ich oczom ukazał się… Suan Mokkh

Od razu zostaliśmy zakwaterowani, w dormitoriach przeznaczonych osobno dla kobiet i mężczyzn. Rączki trzeba było trzymać przy sobie. Pokój, lub raczej klitka, zawierał słownie trzy przedmioty. Pochodnię, bambusową matę i drewnianą poduszkę. Tak, drewnianą poduszkę. Pytam, kto śpi na drewnianej poduszce? (później okazało się, że Marta). Jest to prawdopodobnie najprostsze do opisania pomieszczenie w jakim przyszło mi spać. Cztery ściany z kilkoma małymi otworami, drzwi, okno, betonowa posadzka i betonowe łóżko, na którym leżała płaska, drewniana dykta i wcześniej wspomniana bambusowa mata. No i nieśmiertelna drewniana poduszka, rzecz jasna. Żeby nie było tak biednie, dostaliśmy jeszcze koc i moskitierę.

Przeglądając listę możliwych do spotkania zwierzątek, dowiedzieliśmy się, że moskitiera, prócz komarów, miała chronić nas przed skorpionami, pająkami wielkości połowy dłoni, stonogami(mocno jadowite) i jeszcze paroma innymi. Podobno, były przypadki, że do toalety zawitała kobra królewska. W przypadku takiego spotkania, zalecali spokój. Jedna z zasad mówiła, że nie powinno się umyślnie zabijać takich nieproszonych gości, tylko pomóc im dostać się z powrotem na łono natury. Przestrzegali jednak, żeby gołymi rękoma lepiej tego nie robić. Po rozlokowaniu się i przetestowaniu łoża i poduszki(okazała się twarda), mieliśmy jeszcze trochę dnia aby przejść się po całym kompleksie na rekonesans. Miejsce było dość rozległe i przepiękne. Bliskość natury zapewniała ukojenie zmysłów i wydawało się, że w takiej atmosferze 10 dni medytacji nie będzie aż takie trudne, jak się początkowo obawialiśmy.

Suan Mokkh dormitoria
Suan Mokkh dormitoria

 

Bierz co chcesz, wszystko weź

W dniu rejestracji do depozytu należało oddać wszelką elektronikę, żeby nie kusiła. Kto chciał, mógł przemycić dowolną rzecz, ale chyba nikt po to tutaj nie przyjeżdżał, żeby kiblować po kątach z laptopem, jak jakiś narkoman. Podczas Retreatu zalecali także zupełnie wstrzymać się od czytania, prócz zapewnionych przez nich materiałów, oraz pisania. Komuna i Gestapo w jednym, ale teraz jestem pewien, że połowa osób, gdyby miała możliwość, skorzystałaby ze swojego sprzętu. Chodziło o kompletne odcięcie się od wszystkich potencjalnych rozpraszaczy, aby było nam łatwiej zagłębić się w siebie. Proces rejestracji zawierał krótką rozmowę z jednym z pracowników, który upewniał się, że akceptujesz wszystkie zasady i rozumiesz po co tu jesteś. Przedstawię Wam kilka ciekawszych:

  • Nie wolno siedzieć ze stopami skierowanymi w stronę prowadzącego
  • W czasie wolnym, można leżeć tylko w swoim pokoju
  • Nie wolno biegać
  • Nie wolno się opalać
  • Nie wolno kąpać się na waleta a kobiety musiały się kąpać w sarongach, czyli obrazowo mówiąc, w workach zasłaniających ciało od cycków do kolan.

Z codziennego punktu widzenia, gorzej niż w więzieniu, ale koniec końców doszliśmy do wniosku, że to wszystko miało sens. Po załatwieniu ostatnich spraw i zdeponowaniu całego sprzętu nasi opiekunowie oprowadzili nas po ośrodku, jeszcze raz przypomnieli wiele zasad i odpowiedzieli na wszystkie pytania. Przed oficjalną inauguracją mieliśmy trochę czasu wolnego, który wykorzystaliśmy na poznanie kilku osób. Niektórzy byli, podobnie jak my, po raz pierwszy, a niektórzy już dobrze znali realia i trudy pobytu w Suan Mokkh, przyjeżdżając tutaj po raz trzeci, czwarty, czy siódmy. Mimo doświadczenia w jednym byli zgodni – nigdy nie wiadomo czego się spodziewać po sobie i swoim umyśle. Inauguracyjna przemowa i medytacja odbyła się w nastrojowej atmosferze, przy blasku świec. Na sam koniec poważnym tonem prowadzący oznajmił: THE SILENCE BEGINS NOW (od teraz zaczyna się cisza).

Główny hol medytacyjny
Główny hol medytacyjny

 

W koło macieju

Przez pierwsze osiem dni, plan dnia był stały. Dźwięk dzwonu o 4 rano bezlitośnie odwieszczał, że czas przygotować się do porannej medytacji, która zaczynała się o 4.30. Po krótkim czytaniu, następowała medytacja a po niej joga, lub joga i tai-chi, w przypadku mężczyzn. Pierwszy posiłek jedliśmy o godzinie 8 a po nim wykonywaliśmy swoje prace porządkowe. Prócz tego serwowali jeszcze obiad o 12.30, który był ostatnim posiłkiem. Do 21.30 wypijaliśmy tylko kubek herbaty lub gorącej czekolady i to musiało wystarczyć.

W międzyczasie zajmowaliśmy się wysłuchiwaniem wykładów o tematyce Buddyzmu, medytacji i strukturze oraz przyczynach ludzkiego cierpienia. Można się było z nich dużo dowiedzieć i zweryfikować część nieprawdziwych lub błędnych informacji na temat Buddyzmu. Na przykład, wiedzieliście, że Buddyzm wcale nie zakłada istnienia reinkarnacji? W ogóle nie zakłada żadnego bytu wyższego i życia pozagrobowego. Bytem nadrzędnym jest natura i prawa nią rządzące. Myślę, że to jest to wersja akceptowalna dla wielu świeckich ludzi zachodu, którym idea Boga lub Bóstwa nie odpowiada. W ogóle sam Buddyzm w swoich ideach jest bardzo bliski naukowemu punktowi widzenia. Nie ma tutaj miejsca na siły nadprzyrodzone. Człowiek jest definiowany jako ciało i umysł a koncept duszy nie istnieje. Powiedziałbym, że rozwój duchowy Buddysty, sprowadza się do rozwoju swojego umysłu aby zrozumiał Dhamma, czyli naturę, co ma doprowadzić do oświecenia i wyzwolenia spod jarzma nieustannego cierpienia, czyli powszechnie znanego pojęcia Nirvany.  Tak przynajmniej wygląda wersja Buddyzmu nauczana przez samego Buddę.

Poza owymi wykładami oddawaliśmy się medytacji. Namiętności w tym za dużo nie było. Na szczęście nie trzeba było cały czas siedzieć, a do wyboru była jeszcze medytacja chodząca i na stojąco. Musicie wiedzieć, że metod medytacji jest dużo a tę nauczaną w Suan Mokkh, praktykował sam Budda. Ta metoda nazywa się Anapanasati i składa się z 16 kroków, które poprawnie wykonane, powinny doprowadzić do oświecenia każdego. Jak się domyślacie, jest to proces na całe życie, ale sam fakt dość precyzyjnego opisania wszystkich kroków, czyni tę metodę przystępną dla większości osób. Placem boju jest nasz umysł a narzędziem walki koncentracja. 16 kroków dzieli się na cztery rozdziały, gdzie w pierwszym odkrywamy nasz oddech, ciało i rozwijamy koncentrację do wysokiego poziomu, następnie badamy nasze uczucia, i emocje, aby je dokładnie poznać i zrozumieć, później skupiamy się na własnym umyśle i w końcu poznajemy niepodważalne, niezmienne prawa natury, takie jak nietrwałość i przemijalność.

Drewniana poduszka nie przemija
Tylko drewniana poduszka jest trwała i nieprzemijalna

 

Radosnym światełkiem każdego dnia był chanting, czyli takie śmieszne pseudośpiewochórki. Mieliśmy książeczkę z kilkoma pieśniami, utworami, nie wiem jak to nazwać, no i tak sobie to recytowaliśmy, razem z prowadzącym mnichem. Wszystkie były w języku pali, czyli tym w którym nauczyła Budda, ale na szczęście były też przetłumaczone na angielski. Niosły ze sobą jakieś przesłanie, ale przede wszystkim, takie śpiewy były dla nas miłą relaksacją po dniu spędzonym na medytacji. W dodatku mnich często opowiadał nam krótkie historyjki, niektóre takie, że musiał dodawać: „Tak, to koniec”, ale był przy tym bardzo zabawny. Zgrabnie wplatał też wartościowe dygresje, nad którymi mogliśmy sie później zastanowić. Były to zajęcia opcjonalne, ale prawie wszyscy woleli sobie trochę pośpiewać, niż siedzieć kolejna godzinę medytując. Na sam koniec, podczas krótkich ćwiczeń loving kindness wysyłaliśmy miłość i radość to wszystkich którzy przyszli nam do głowy. Życzyliśmy im też, żeby byli wolni od cierpienia, zawiści, obaw, strachu, itp. Nie wiem czy czuliście, ale do Was wszystkich też wysyłaliśmy 🙂

Dzień zamykała medytacja siedząca i częściowo chodzona. Szczególnie chodzona, była dla nas najgorszym punktem dnia, ponieważ wyjątkowo musieliśmy chodzić w grupach. Na naszej trasie było sporo mrówek które skutecznie uniemożliwiały skupienie się na kroku. Malutkie, delikatnie gryzące czarne mrówki, były chyba przez te 10 dni bardziej irytujące niż komary. Co rusz niezauważenie wchodziły na nasze bose stopy i gryzły, przez co trzeba było cały czas się otrzepywać. Idąc wężykiem, mogło to wyglądać na plemienny taniec. W ich przypadku nie było łatwo praktykować zasadę nie zabijania jakichkolwiek istot, więc wiele mrówek poległo.

Druga część posta zostanie podzielona na wrażenia moje i Marty. Całe 10 dni spędziliśmy osobno, nie mając możliwości wymieniać się na bieżąco swoimi doświadczeniami ani spostrzeżeniami, więc zdecydowaliśmy się opisać cały Retreat z dwóch punktów widzenia, ponieważ przebiegał on dla nas zupełnie różnie. Zapraszamy do czytania już jutro!

podziel_sie

8 Komentarzy

  1. TLUsays:

    LoL. No to fajnie nie dość że Bóg zawodzi to jeszcze Budda mówi że zdechnę jak pies. A kiedy wysłaliście mi te czary, pewnie wtedy jak się zagapiłem i wydupiłem na rowerze…

    • Mariuszsays:

      Raczej nie, bo pewnie byłeś wtedy w pracy. No chyba, że w sobotę albo niedzielę w okolicach 12.. 🙂

  2. TLUsays:

    Ej no dobra, ale oświeciło was coś? Jak oświeciło to na stałe czy się wyczerpuje po jakimś czasie, jak nauczał Budda?

    • Mariuszsays:

      O tym czy nas oświeciło przeczytasz w drugiej części 🙂 A odnośnie drugiego pytania to nie, oświecenie się nie wyczerpuje. Na zadawane pytanie „Jak rozpoznać oświecenie?”, z reguły padała odpowiedź w stylu: „To tak jakbyś się wybudził ze snu. Dobrze wiesz, kiedy już nie śpisz”.

  3. Ulasays:

    Świetnie, że o tym piszecie i jestem b. ciekawa wrażeń.

  4. kocisays:

    Bardzo czułam życzenia, skoro obie z Martą w tym samym czasie postanowiłyśmy „rozmawiać” ze sobą przez księżyc to znaczy, że magia istnieje:) A tak serio to czuje się zwarta, gotowa i z niecierpliwością czekam na część II, czyli opowieść o tym co działo się w Waszych głowach. Poza tym mam dziwne wrażenie, że dobrze się stało że się nie widzieliście podczas tego nietypowego czasu, bo mimo niepodważalnej powagi sytuacji i patosu omiatającego Wasze umysły to czuję, że moglibyście dostać ataku śmiechu i byłoby po ptakach.

    • Ana! Tyle wrażeń do opisania, że zapomniałam o księżycu. Słuchajcie, mieliśmy okazje uczestniczyć w retreacie podczas pełni księżyca! Niebo wieczorami było pięknie rozświetlone jego blaskiem. Powodowało to, że na wieczorną medytacje wychodziłam z 20 minutowym wyprzedzeniem, aby zasiąść gdzieś i spokojnie „rozmawiać” z tą świetlistą kulą. Po wyjściu z klasztoru, odczytałam @ od Any, że czasem patrzyła na księżyc i do niego „mówiła” mając nadzieję, że ją ja też na niego patrzę i ją słyszę 🙂 This is magic 😛

  5. Adamsays:

    Buddyzm od początku swojego istnienia był systemem o bardzo luźnej strukturze, zarówno od strony organizacyjnej, jak i doktrynalnej. W trakcie rozwoju historycznego powstały liczne jego odmiany i szkoły, które zazwyczaj (choć nie zawsze) nawzajem się tolerowały, a nawet wspierały. Współcześnie buddyzm dzieli się na trzy tradycje: Theravāda (sanskr. Sthaviravāda), Mahāyāna i Wadżrajana, przy czym ta ostatnia jest częścią mahajany. Dane na temat liczebności buddystów na świecie są mocno rozbieżne – https://pl.wikipedia.org/wiki/Buddyzm w dodatku nalezy rozważyć genezę powstania – http://bit.ly/1XJrkTq w zależności od źródeł podawane są liczby od 230 do 500 milionów (dane o buddystach w niektórych krajach, na przykład w Polsce, są niedostępne). W 2008 roku na świecie było 380 mln buddystów, co daje buddyzmowi piąte miejsce wśród najliczebniejszych religii świata po chrześcijaństwie, islamie, hinduizmie i tradycyjnej, ludowej religii chińskiej (taoizm, konfucjanizm). Buddyzm opiera się na Czterech Szlachetnych Prawdach głoszonych przez Siddharthę Gautamę, oraz na przedstawionej przez niego Ośmiorakiej Ścieżce, która prowadzić ma do ustania cierpienia. Słowo „buddha”, używane obecnie w odniesieniu do Siddhārthy Gautamy, w sanskrycie i pāli oznacza dosłownie „przebudzony”. Takie imię obrał Siddhārtha Gautama, kiedy zaczął głosić swoje nauki. Po śmierci Buddy, w ciągu pięciu wieków, nauki te rozprzestrzeniły się z subkontynentu indyjskiego na centralną, południowo-wschodnią i wschodnią Azję, aby współcześnie dotrzeć również na Zachód.

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.