W wiosce kwitnącej wiśni – Chiang Mai, Tajlandia

Tytuł być może brzmi nieco absurdalnie, zważywszy na fakt, że kwitnąca wiśnia stuprocentowo kojarzy się wyłącznie z Japonią. A tutaj taki psikus. Podczas poszukiwania lokum na luty, będąc jeszcze w Chiang Mai, jedna właścicielka domu zapytała nas czy byliśmy w górach zobaczyć jak kwitnie Sakura. Nic o takim czymś nie słyszeliśmy, lecz zainteresowani poprosiliśmy o więcej informacji. Dowiedzieliśmy się, że wysoko w górach jest kilka miejsc, gdzie kwitnie wiśnia, tak dobrze znana z przepięknych zdjęć prosto z Japonii. Musieliśmy się spieszyć, okres zakwitania jest bardzo krótki i trwa około 2 tygodnie, od połowy stycznia do początku lutego. Kilka dni później w siodle skutera wyruszyliśmy na poszukiwania zaginionych wiśni.

Widoczność nie za dobra, ale i tak było ładnie
Widoczność nie za dobra, ale i tak było ładnie

 

Świątynia Doi Suthep

Jak to zwykle u nas bywa, wyruszyliśmy bez większych przygotowań. W planach mieliśmy jeszcze zahaczyć po drodze o najpopularniejszą świątynię Chiang Mai – Wat Doi Suthep. Telefon coś mi szwankował i nie mogłem korzystać z Google Maps, ale przecież co to za filozofia wjechać na górę? Jak na ironię, po godzinie błądzenia, w labiryncie małych uliczek Uniwersytetu Chiang Mai, okazało się to trudniejsze niż myśleliśmy. Każdy wskazywał nam inny kierunek i drogę, a wystarczyło dojechać do zoo i podążać główną drogą.

Asfalt do świątyni był, jak podejrzewamy, dość świeży, więc kolejne kilometry, mimo ciągłego podjazdu, pokonywało się całkiem szybko. Po drodze można było się zatrzymać przy jednym z kilku punktów widokowych i spojrzeć na panoramę Chiang Mai. Według miejscowych, od połowy stycznia do końca marca widoczność stale się pogarsza, za sprawą nieruchomego powietrza, więc widoki nie były powalające.

Przy świątyni, rzecz jasna, tłoczno. Masa straganów z wszelkim możliwym badziewiem to już stała część krajobrazu każdego turystycznego miejsca. Na uwagę zasługuje mały bazar przy świątyni, gdzie można kupić dużo ciekawych wyrobów z metalu, które ciężko dostać gdzie indziej. Dzwonki, biżuteria, moździerze – wszystko bardzo piękne. Dowiedzieliśmy się w końcu o co chodzi z drewnianymi żabami dzierżącymi patyki w swoich paszczach. Trzeba przejechać patykiem po fałdowanym grzbiecie żabki, a dźwięk będzie przypominał odgłosy.. żaby. Trochę czasu nam zajęło rozwikłanie tej tajemnicy 🙂

Świątynia Doi Suthep w całej okazałości. Jak zawsze złota nie pożałowali
Świątynia Doi Suthep w całej okazałości. Jak zawsze złota nie pożałowali

 

Za wejście zapłaciliśmy 30 Bahtów od osoby. To tu dużo mówić, świątynie już od jakiegoś czasu przestały robić na nas większe wrażenie. Obiektywność zostawimy tym, którzy bardziej pasjonują się tematem 🙂 Na naszej prywatnej liście wciąż prowadzi Wat Pho z Bangkoku.

Tam gdzie turyści, tam takie obrazki są równie często widoczne
Tam gdzie turyści, tam takie obrazki są równie często widoczne

 

W poszukiwaniu wiśni

Jak możecie się domyślić, nie zabawiliśmy tam zbyt długo i koła naszego skutera skierowaliśmy ku górze, bo w gruncie rzeczy dalej nie mieliśmy pojęcia gdzie ta cała wiśnia kwitnie. Dobra droga prowadziła jeszcze kilka kilometrów dalej, aż do Pałacu Bhubing, który jest jedną z rezydencji Rodziny Królewskiej. Tam zapytaliśmy przypadkowych taksówkarzy, gdzie należy jechać w poszukiwaniu wiśni. Według nich były to jedynie 4 kilometry. Prosto, w prawo i dojedziecie!

Po wspomnianym skręcie w prawo, droga zmieniła się w dziury z dodatkiem asfaltu. Było wąsko, bardzo wąsko. Szczerze mówiąc nie wiem, jak radziły sobie samochody z mijaniem. Przy spotkaniu skutera i samochodu, ten mniejszy zazwyczaj był zmuszony do zjechania na pobocze. Przed większością zakrętów stały znaki, przypominające o wysyłaniu sygnałów dźwiękowych klaksonem, aby ostrzec innych o swojej obecności. Wierzcie mi, było to konieczne dla jako takiego bezpieczeństwa.

Po kilku kilometrach, kiedy już dawno powinniśmy byli podziwiać Sakurę, zjechaliśmy na mały parking. Tym razem dowiedzieliśmy się, że do celu mamy jeszcze 7 kilometrów.

Wioska zagubiona w górach
Wioska zagubiona w górach

 

Droga ani trochę nie uległa poprawie a nawet jeszcze się pogorszyła. Miejscami było niebezpieczne i nietrudno o jakiś wypadek. Cały czas należało zachowywać czujność i pamiętać o trąbieniu przed zakrętami. Teraz o tym myśląc, z dzieckiem bym się w tę trasę nie wybrał. Poza tym, zrozumiałem dlaczego tak dużo ludzi wybierało opcję transportu songthaew, czyli tymi popularnymi czerwonymi mini ciężarówkami, których pełno na ulicach Chiang Mai.

Tym razem kobieta z parkingu wiedziała o czym mówi i faktycznie po około 7 kilometrach dojechaliśmy do małej wioski Baan Khun Chang. W końcu wiedzieliśmy, jak się nazywa! Okazało się, że miejsce jest dobrze znane wśród miejscowych. Cała okolica była przyozdobiona pięknymi drzewami kwitnącej wiśni. Pokręciliśmy się godzinę po okolicy robiąc dużo zdjęć.

Kwitnąca Marta w otoczeniu kwitnących wiśni
Kwitnąca Marta w otoczeniu kwitnących wiśni

 

Przygodą samą w sobie było pokonanie drogi aby tutaj dotrzeć, co w miły sposób dopełniła sielska, jesienno-wiosenna sceneria. Podsumowując, jest to całkiem ciekawa, jednodniowa wycieczka, jeśli ktoś chce się wyrwać za miasto.

 

Informacje praktyczne

Z Chiang Mai do Baan Khun Chang jest około 25 kilometrów, których pokonanie powinno zająć godzinę. Po drodze jest dużo miejsc gdzie można kupić coś do jedzenia i picia. Podjazdy potrafią być strome, więc dla dwóch osób zalecamy skuter o pojemności 125 cm3 z manualną skrzynią biegów, który w takich warunkach daje większe pole manewru niż automat. Przed taką wycieczką trzeba koniecznie upewnić się co do dobrego stanu technicznego pojazdu. Na co zwrócić uwagę opisywałem przy okazji relacji z naszej trzydniowej wycieczki skuterowej w LaosieNa sam koniec załączam mapkę poglądową, jak tutaj dotrzeć, ponieważ my nie mogliśmy znaleźć tego miejsca na mapie wpisując tylko jego nazwę.

mapa_chiangmai_sakura

 

podziel_sie

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.