Bajkał 2013 – część I

W końcu nadszedł czas na publikację zapisków z podróży. Całość pisana jest trochę w czasie teraźniejszym, trochę w przeszłym. To będzie długie. Nawet bardzo. Będzie to raport z wyjazdu Polska – Bajkał, który odbył się w składzie: Ja, Marta, Anna i Tomasz. Zdecydowałem się podzielić to na kilka części bo inaczej to chyba byście mogli coś przeczytać pewnie dopiero pod koniec roku :). Pisanie tego kawałka zajęło mi dobre 4 godziny a materiału jest jeszcze około 4 razy więcej. Następne części będę starał się umieszczać już dość regularnie. Także ciekawskich czy też znudzonych zapraszam do lektury i zachęcam do komentowania lub zadawania pytań, na które chętnie odpowiem.

 

Z Polski do Moskwy 

Jesteśmy już w autokarze. W drodze do Rygi, stolicy Łotwy. Tam czeka nas przesiadka i już bezpośredni kurs do Moskwy. Wyjazd z Pabianic nastąpił o morderczej porze, czyli o godzinie 3 w nocy. Mimo raptem 3 godzin płytkiego snu byłem tym wszystkim tak nabuzowany, że pobudka stanowiła pewnego rodzaju wybawienie. Ruszyliśmy z moim Tatą aż do Warszawy. Bez większych problemów dojechaliśmy na miejsce i do odjazdu mieliśmy jeszcze godzinę. Po szybkim przejrzeniu rozkładów niestety nie odnotowaliśmy na nim naszego autokaru. W takich sytuacjach z reguły nie martwię się i czekam, bo co ma być to będzie. Jednak tym razem było inaczej. Od samego początku czuje lekki niepokój i chyba dopiero w Irkucku zejdzie ze mnie całe ciśnienie. A dlaczegóż to? Ano dlatego, że dojazd na miejsce to zgrabna układanka gdzie jeden felerny ruch może wszystko zepsuć. A zepsuć jest co. Począwszy od samochodu, przez autobusy i na pociągu kończąc. Spóźnienia, nieporozumienia, pomyłki to jest to, co może nam pokrzyżować plan. A miejsca, czasu a tym bardziej pieniędzy na błędy nie mamy. Dopiero jak wsiądę do pociągu poczuję się w pełni spokojny.

A póki co jesteśmy w drodze już 12 godzin. Czeka nas kolejne 15. Na papierze wygląda to strasznie, ale sam jestem, jak zresztą my wszyscy,  zaskoczony, że tak dobrze znoszę długą podróż autobusem. Standard jest w porządku. Można niedrogo kupić coś do picia i jedzenia oraz skorzystać z pokładowego kibla, co jest miłą niespodzianką. Całość dopełnia sympatyczna i pomocna stewardessa do której od czasu do czasu zbiorę się i zagadam po rosyjsku. I tak jedziemy..

 

W Moskwie 

To co nas od razu uderzyło to brak jakichkolwiek informacji po angielsku. Tu do akcji musiała wkroczyć moja skromna osoba aby wyswobodzić nas z bujnych gęstwin cyrylicy. Dość sprawnie udało nam się metrem dostać do stacji Moskwa Jarosławska skąd o godzinie 00:35 dnia 3 sierpnia rozpocznie sie nasza podróż na Syberię. Zostawiliśmy bagaże na dworcu płacąc jakiemuś turkowi w przechowalni horrendalną kwotę 300 RU na głowę. Ruble bardzo łatwo przeliczyć na złotówki. Wystarczy przesunąć przecinek w lewo i voila. Zapłaciliśmy grubo ale lepsze to niż dreptać po Moskwie z tymi bydlętami na plecach. Znów wskoczyliśmy do metra a naszym celem był Kreml i Plac Czerwony. Warto tutaj dorzucić kilka słów o moskiewskim metrze, bo jest to niewątpliwie coś wspaniałego. Projekty metra powstały już w 1901 roku a na uruchomienie pierwszej linii trzeba było czekać do roku 1935. Dziennie z podziemnej komunikacji korzysta ponad 2 miliony ludzi! Jest ono położone bardzo głęboko. Na jedną stację ruchomymi schodami zjeżdża się lekko około 3 minut. Ale jednak to co najbardziej bije po oczach to wnętrza. Przypominają one pałace przyozdabiane freskami, obrazami, z ogromnymi kryształowymi żyrandolami wiszącymi pod sufitem. Nasze Warszawskie metro wypada dość blado, ale na szczęście mamy usprawiedliwienie w postaci II Wojny Światowej.

W końcu dojechaliśmy do Kremla – siedziby samych najważniejszych postaci rosyjskiej polityki. Muszę napisać, że w Rosji wszystko jest mega. Duże sklepy noszą nazwę Megamarketów. Zgadnijcie jaką nazwę nosi największa sieć telefoniczna w kraju? Tak, Megafon. Mega jest Kreml, mega jest metro, mega jest zwykła zabudowa. Jakkolwiek pięknych słów bym nie szukał to muszę prostym językiem, tak po chłopsku, napisać, że mają rozmach skurwysyny. Kreml, Plac Czerwony, Sobór Opieki Matki Bożej wywarły na mnie duże wrażenie. Turystów oczywiście dużo, ale na szczęście nie było nadzwyczajnego tłoku. Zastępy policji i wojska stacjonujące w okolicy sprawiały wrażenie poważnej i dostojnej atmosfery. Wygląda to tak, jakby Rosja dalej zachowywała się jak mocarstwo i na każdym kroku chciała pokazać, że tutaj po prostu nie ma żartów. Widać to było w spojrzeniach żołnierzy, które wyrażało gotowość do obrony kraju w każdej chwili. Spędziliśmy tak kilka godzin na spacerowaniu i wróciliśmy na stację. Wymieniłem nasze elektroniczne bilety na prawdziwe, co zresztą było mały wyzwaniem za sprawą mojej słabej znajomości języka. Jesteśmy już potwornie zmęczeni po 2 dniach w których przespaliśmy może 7 godzin i już nie możemy się doczekać naszych łóżek w płackarcie. Za niecałe 3 godziny rozpocznie się nasza ponad 3 dniowa podróż na wschód. Aż do samego Irkucka.

 

Kolej Transsyberyjska

Pierwszy dzień w pociągu 

Pociąg ruszył punktualnie o 00:35. Przed wejściem w standardzie było sprawdzenie naszych paszportów. To już chyba 4 raz w ciągu ostatnich kilkunastu godzin. Cały czas duch komunizmu i przemożnej potrzeby kontroli unosi się w powietrzu. Wiadomo, że dużo się zmieniło ale względem wolności w Europie to wciąż niebo a ziemia. Nasze miejsca w pociągu nie są nadzwyczajne. Jesteśmy rozlokowani na miejscach bocznych blisko kibli. Marzenie. Co chwila ktoś przechodzi a w nocy świeci się światło z kiblowego przedsionka ale jestem zbyt podjarany, żeby miało mi to przeszkadzać. Nadszedł czas aby zmierzyć się z mitami i faktami na temat kolei transsyberyjskiej, tak przecież popularnymi na wszelkich stronach w internecie. Moje wrażenia opisuję na podstawie pociągu o numerze 100 a nie popularnej turystycznej dwójki. Mamy tu do czynienia praktycznie z samymi Rosjanami, zwykłymi ludźmi. Tak jak na co dzień w PKP. To co ich na pierwszy rzut oka różni od naszych rodaków to cierpliwość. Wynika to najpewniej z rozmiarów ichniejszej ojczyzny. Nie ma tu nikogo niecierpliwie zerkającego na zegarek. Dla każdego pociąg na kilka dni staje się domem i sa z tym doskonale pogodzeni. Ewidentnie jesteśmy tu tymi obcymi. Podróżni póki co są powściągliwi w stosunku do nas i wcale nie są skorzy do nawiązania kontaktu. Dzikiej imprezy pierwszej nocy nie uświadczyliśmy. Jest spokojnie. Zbyt spokojnie. Praktycznie nikt nic nie pije. Daje się czasem zauważyć tu i ówdzie pojedyncze puszki po piwie. Ostatecznie obalając mit „pociągu – wielkiej imprezy” mogę tylko dodać, że dostaliśmy od prowadnicy wieczorną reprymendę za butelkę alkoholu która przy nas stała. Nie byliśmy przy tym głośno, a para francuzów (jedyni obcokrajowcy w naszym wagonie) z którymi rozmawialiśmy byli równie zaskoczeni sytuacją co my.

 

Drugi dzień w pociągu

Czas płynie spokojnie. Nie nudzę się, ale wiele też się nie dzieje. Wokół nas zwykli ludzie którzy wracają do domów, jadą do rodziny lub do pracy. A może po prostu na wakacje. Ile bym dał, żeby poznać ich historie.. Zaduch jest tu straszny. Drugiego dnia podróży pociągiem minęliśmy granicę między Europą i Azją. Symbolizował to samotny pal przy torowisku ze smętnie zwisającymi tabliczkami zapisanymi cyrylicą. Jak zwykle punktualnie wjechaliśmy na dworzec w Jekaterynburgu – miasta określanego jako wrota na Syberię. Korzystając z dłuższej przerwy pokręciliśmy się trochę po okolicy. Czuć było już nieco inną atmosferę niż w Moskwie. Coraz więcej skośnookich, więcej babuszek z torbami i przejawy lokalnego folkloru czyniły to miejsce bardziej chaotycznym, ciekawym, innym. Oczywiście mimo tego, wszelkiego rodzaju służb nie mogło zabraknąć w okolicach dworca. Od tego miejsca skład naszego wagonu zaczął się dynamicznie zmieniać. Po pierwsze zdecydowanie odmłodniał i stał się bardziej gadatliwy. Nie wiem, czy to kwestia części azjatyckiej ale atmosfera w wagonie stała się przyjaźniejsza. Ludzie nawet trochę do nas zagadują a ja próbuję nadążać z rozmową na tyle ile potrafię. Po krótkiej pogawędce z naszymi sąsiadkami, starszymi paniami, wychodzi na to, że faktycznie ich nastawienie do alkoholu w pociągu nie było najlepsze. Trochę mimo tego się z nas pośmiały ale sam nie wiem co tak naprawdę o sytuacji myślały. Nie będziemy się teraz za bardzo wychylać, chyba, że nasi sąsiedzi coś zaproponują. Jesteśmy aktualnie na 2300 kilometrze. Jutro rano będziemy w Nowosybirsku a pojutrze wieczorem doczłapiemy się do Irkucka. W międzyczasie gramy, czytamy, słuchamy muzyki, rozmawiamy lub po prostu śpimy. Ot, pociągowa rzeczywistość.

 

Trzeci dzień w pociągu.

Moją kolejną obserwacją jest bardzo mała ilość tzw. Babuszek na dworcach. Do tej pory tylko na jednym postoju było ich naprawdę dużo. Nasi sąsiedzi na śniadanie jedzą kurczaka zagryzając bułką z mięsem. O wegetarianizmie chyba nie będę wspominał.

Dzisiaj nadzwyczaj dużo nagadałem się po rosyjsku.  Najpierw z naszymi sąsiadami, czyli ze starszą kobieciną i dziadkiem, który przypomina mi mojego dziadka Piotra.  Przynajmniej w kwestii sposobu mówienia i gestykulacji. Mój dziadek pochodzi z Ukrainy, wioski bardzo blisko granicy Ruskiej. Może to z tego wynikają podobieństwa? Później odbyłem rozmowę z jakimś młodym gościem. Zagadał nas jak graliśmy w rój. Tak się musiałem skupiać na rozmowie, że przegrałem z Martą batalie którą toczyliśmy już od ponad godziny.

W międzyczasie na postojach trochę pochodziliśmy po dwóch dużych miastach: Nowosybirsku i Krasnojarsku. To pierwsze sprawia wrażenie zgoła odmienne od poprzednich syberyjskich miast. Nowosybirsk to trzecie największe miasto w Rosji i według znawców znajduje się tutaj najpiękniejszy dworzec kolejowy. Jak to w Rosji bywa, poraża ogromem.  Niestety, ogromem porażają również ceny. W dworcowych budkach ceny są ok 3 razy wyższe niż w Moskwie. Mimo to, polecam spróbować pirożków i blin z mięsem (ups). Kiedy ludziom mówimy o Bajkale, nikt nam nie zapomni polecić tamtejszego specjału, czyli Omula. Wracając do pociągowych realiów to całkiem dobrze znoszę tak długą podróż. Dużo obserwuje ludzi, cały czas uczę się rosyjskiego. Ba, nawet od dziadka pożyczyłem książkę w cyrylicy. Mimo, że rozumiem bardzo niewiele to czytam. Żałuje trochę, że nie wziąłem słownika PL-RU. Przydałby się. Poza tym Marta, Anna i Tomasz też nieźle znoszą podróż. Trochę czasami się nuży ale radzimy sobie. Do Irkucka już tylko trochę ponad 1000 km i aktualnie jesteśmy +5 godzin względem Polski i +3 względem Moskwy. Dalekobieżne pociągi w Rosji jeżdżą według czasu Moskiewskiego więc mimo, że na bilecie czas przybycia do Irkucka to godzina 16, to w rzeczywistości będzie to 21 czasu lokalnego. I weź się człowieku w tym nie pogub. Bilety powrotne mamy na godzinę 20, czyli z Irkucka wyjedziemy o 1 czasu lokalnego. Tak czy inaczej trochę dziwne uczucie z tym przesunięciem się budzić o 1 w nocy i widzieć, że już zaczyna świtać. Ale to tylko w teorii, bo w praktyce życie w pociągu toczy się według czasu Moskiewskiego. Za oknem obraz monotonny. Równiny przeplatane wioskami składającymi się głównie z drewnianych chat z niebieskimi okiennicami. A nad tym smętnym obrazkiem górują poprzekrzywiane słupy energetyczne.

W momencie w którym myślałem, że dzień chyli się ku końcowi nagle nasi towarzysze podróży nabrali ochoty na rozmowy z inostrańcami. Leonia, trzydziestolatek, próbował mnie trochę pouczyć języka. Co prawda w dość pokrętny sposób ale próbował. Wtem do rozmowy włączył się dziadek, ze swoją żywą gestykulacją. Po jakimś czasie dołączył Wołodymir, przedstawiający się jak Woła. Woła jest żołnierzem Specnazu, czyli rosyjskich sił specjalnych i pełni tam rolę snajpera. Marta już wcześniej wyczytała z jego oczu dobroć i poczciwość co w naszych rozmowach potwierdziło się w 100 procentach. Nasz sołdat okazał się bardzo sympatycznym rozmówcą i na dodatek sam zajmował się trochę biegami na orientację. Kiedy tak sobie gaworzyliśmy prostą i łamaną mową rosyjską dosiadła się Anna. Anna okazała sie doskonała bronią na nieco pijanego Leonię. Kiedy on do niej puszczał co trudniejsze zdania Anna ripostowała mu w języku polskim. Poczciwiec szybko spuchł i przeszedł w tryb ‚Kak tjebja zawut?’. Do rozmowy ludzie zaczęli przyłączać się lawinowo. Martę i Anne pochłonęła konwersacja z Sergiejem, również żołnierzem, i młodą kobietą z dzieckiem. Dziewczyny radziły sobie nad wyraz dobrze. Ja w pewnym momencie miałem wrażenie, że każdy rozumie mnie a ja każdego. I tak sobie przegadaliśmy 3 godziny o Polsce, Rosji, różnicach i podobieństwach językowych, naszej podróży nad Bajkał a nawet o polityce. Na koniec poznałem Buriatę z Ułan Ude który, ku mojej nieopisanej uciesze, mówił po angielsku. Nie licząc Francuzów, była to pierwsza anglojęzyczna osoba jaką spotkaliśmy przez 3 dni! Miło było się trochę odmóżdżyć i porozmawiać w języku który faktycznie znam. Nie wspomniałem, że ja sam zostałem ochrzczony jako Misza, co nie ukrywam, nawet mi sie spodobało. Po prostu ‚Mariusz’ było im za trudno wymówić. Już samym wieczorem atmosfera była mega (jak to w Rosji) sympatyczna i ludzie dalej prowadzili rozmowy w mniejszych grupach. Po takim maratonie językowym nie marzyłem o niczym innym jak o odpoczynku. Po tym jak Woła wysiadł w Krasnojarsku i zrobieniu sobie wspólnego zdjęcia czym prędzej uderzyłem w kimono. Tego wieczoru w końca doznaliśmy prawdziwego, przyjaznego kontaktu z Rosjanami.

 

Czwarty dzień w pociągu i Irkuck 

Jesteśmy już na 4700 kilometrze i za oknem coraz więcej Syberii jak ze zdjęć. Rzeki, tajga, rzadko zabudowane wioski, UAZy i inne radzieckie cuda techniki, które w tych rejonach są niezastąpione oraz szutrowe i błotniste drogi biegnące wzdłuż torów. Przed końcem naszej podróży koleją porozmawiałem jeszcze z poznanym poprzedniego wieczoru buriatą. Ma na imię Siergiej. Okazał się być ciepłym gościem i na wieść o tym, że chcemy przyjechać do Ułan-Ude ochoczo zaproponował wymianę numerów aby móc się ewentualnie umówić na spotkanie.

No i w końcu Irkuck. Jedno z największych miast Syberii liczące ok 580 tysięcy mieszkańców. Od razu udaliśmy się do naszego hostelu gdzie przyjęła nas niezbyt rozgarnięta pani. Ale stało się. Mogliśmy w końcu odpocząć wygodnie aby rano ruszyć do Arszanu. Trzeba było się ostatecznie przestawić na czas lokalny i tym sposobem pospaliśmy jedyne 5 godzin..

Tekst pochodzi z mojego pierwszego bloga http://marianpage.na8.pl

Przejdź do części II

podziel_sie

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.