Ałtaj 2017 – Dolina rzeki Katuń

Jak powiedziałem, tak zrobiłem. O 7 rano ogarnąłem się na dobre i poszedłem na powrotną marszrutkę aż do Czujskiego Traktu. Załapałem się niemal od razu i za opłatą 1000 rubli zająłem miejsce na pokładzie. Poznałem gościa który wracał z Biełuchy z kiepskimi wrażeniami. Śnieg, deszcz i chmury to jedyne co tam zastał.

Marszrutka, jak to ona, w cholerę niewygodna. Jednym z pasażerów była babuszka-Ałtajka. Kiedy przez telefon świergotała swoim lokalnym dialektem myślałem, że parsknę ze śmiechu. Nie dość, że samo brzmienie języka zakrawało na żart to jeszcze jej piskliwy głos, jak u dwunastoletniego chłopca przed mutacją, dopełniał tej komedii. Nie chciałem jednak narażać się na gniew duchów więc zachowywałem kamienną twarz.

Prawie cztery godziny jechaliśmy żeby skończyć tam, gdzie wczoraj zacząłem. Dobra robota. Wysiadły ze mną cztery osoby i od razu wszyscy skierowali swoje kroki na przystanek łapać dalej stopa. Tutaj to norma, bo marszrutek jak na lekarstwo, a główna droga jest dość często, jak na syberyjskie warunki, uczęszczana. Poszło błyskawicznie, i po 40 minutach ja, jako ostatni, zatrzasnąłem za sobą drzwi swojej okazji.

Trafił mi się milczek, w sumie może i dobrze, bo też nie miałem specjalnej ochoty gadać. Toyota sprowadzona z Japonii, z kierownicą po prawej stronie, nie przeszkadzała mu w żaden sposób, chyba tutaj będzie to jedyne właściwe słowo, zapierdalać. Gnał po serpentynach, podjazdach i zjazdach ze stałą prędkością 100-140 kilometrów na godzinę a mi serce co raz podchodziło do gardła. W końcu musiałem kooperować i siedząc po lewej stronie dawałem znaki kiedy jest czysto i może wyprzedzać. Chyba tak było najbezpieczniej.

Około 20 kilometrów za przełęczą Czike-Taman, gdzie nocowałem 2 dni temu, Ałtaj zaczynał coraz bardziej odkrywać swoje prawdziwe piękno. Jak tylko wjechaliśmy z powrotem w dolinę Katuni, którą ostatni raz widziałem w Czemalu, w końcu pierwszy raz poczułem szczery, autentyczny zachwyt nad krajobrazami. Mimo, że jechaliśmy przez środek niczego, podziękowałem za podwózkę, zapłaciłem, wysiadłem i w zamian mogłem do woli nacieszyć się tym pięknem.

 

Piękny Czujski Trakt w dolinie rzeki Katuń

 

To był kolejny upalny dzień. Całe szczęście po kilku kilometrach doszedłem do przystanku, w cieniu którego mogłem czekać na kolejną podwózkę. Na ten dzień miałem zaplanowane już tylko 20 kilometrów i chciałem przenocować przy zlewie rzek Czui i Katuni. Łapanie znów szło opornie. Ruch był nawet nawet, ale widocznie nikt nie czuł potrzeby poratowania nędznego człowieka na poboczu. W końcu jednak się udało. Moim paptuczikiem został producent orzeszków kedrowych Jego firma skupowała szyszki od lokalnych zbieraczy, obierała je i na koniec pakowała próżniowo delikatne, lekko słodkie orzeszki. Na odchodne podarował mi jedno opakowanie i książeczkę o tematyce hinduistycznej. W porządku, będę miał co czytać chociaż, bo niestety mój Kindle nie przeżył trudów podróży.

 

Nocne niebo na Syberii jak zawsze magiczne

 

Zlew Czui i Katuni to magiczne miejsce. Dwie tonie wody mieszające się ze sobą w promieniach słońca tworzyły bajkowy spektakl. Postanowiłem rozbić się na brzegu, odpocząć, wykąpać się i jutro rano ruszyć dalej. Po wydarzeniach z Ust-Koksy miałem 2-3 dni w zapasie więc niespecjalnie mi się spieszyło.

Żar z nieba w dalszym ciągu lał się niemiłosiernie więc poszedłem na spacer w dolinie mając nadzieję nieco schować się w cieniu. To co miało być krótką przechadzką zmieniło się w godzinny marsz. Ciekawość cały czas pchała mnie za kolejne wzgórze i kolejne, mając nadzieję, że w oddali zobaczę gdzieś Biełuchę. Nie zobaczyłem, ale doszedłem na trawiasty płaskowyż z pięknym widokiem na góry i Katuń. Los niesie różne rzeczy. Czułem się szczęśliwy będąc tutaj i pamiętając co na mnie czeka w domu.

 

<<< POPRZEDNIA CZĘŚĆ              NASTĘPNA CZĘŚĆ >>>

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.