Jeden dzień z mistrzem Muay Thai

„Nieoczekiwane propozycje podróży są lekcjami tańca, udzielanymi nam przez Boga”. Tak powiada Bokonon – fikcyjny święty, mesjasz i szarlatan w Kociej kołysce Kurta Vonegutta i trudno się z nim nie zgodzić. Taką właśnie boską lekcję tańca zaserwowano nam w Tajlandii, podczas wycieczki na cztery wyspy na Koh Lancie. Z doświadczenia wiemy, że w tańcu najważniejsze, to się rozluźnić i nie myśleć za dużo o samych krokach, tylko dać się ponieść muzyce. Kapitan łodzi niespodziewanie zaproponował nam gościnę na pobliskiej wyspie, gdzie mieszka. Koh Po, miejsce zupełnie nieturystyczne, a widoczne z przystani starego miasta i oddalone od Lanty o zaledwie dwa kilometry. Takie propozycje budzą z reguły w człowieku mieszkankę ekscytacji, poczucia wyjątkowości, ale i podejrzliwości, bo idąc za naszym zachodnim schematem myślenia, nie ma nic za darmo.

 

Nasze pierwsze spotkanie z kapitanem

 

My jednak uwierzyliśmy, że jest, i postanowiliśmy przystać na propozycję naszego Kapitana. Nie bezpodstawnie zresztą. Spędziwszy z nim prawie cały dzień na łodzi czuliśmy, że jest dobrym i uczciwym człowiekiem, a jego propozycja nie ma drugiego dna. Na dobra sprawę, jedyne co wiedzieliśmy to to, że jest starym mistrzem Muay Thai. „Przyjedźcie do mnie i mojej rodziny na Koh Po, żona przygotuje dla was jedzenie, a spać będziecie w bambusowym domku prawie na plaży” – namawiał Cha, nasz Kapitan. Wtórował mu przy tym drugi członek załogi i również mieszkaniec wyspy – E (tak miał na imię). Nieuchronnie początkową ekscytację niespodziewaną przygodą podszył strach, ale postanowiliśmy kierować się intuicją i już następnego dnia rano pojawiliśmy się ponownie na przystani, przygotowani do spędzenia nocy na Koh Po – wyspie, o której nie wiedzieliśmy kompletnie nic.

 

Chyba nawet manekin by stawiał większy opór..

 

Cha jest niskim, szczupłym facetem, z rzadkim zarostem i czarnymi włosami, które ledwo odznaczają się na jego ciemnej skórze. Tak samo jak poprzedniego dnia, nosił wyświechtaną kamizelkę i długie, luźne spodnie, udekorowane masą szwów. Całość obrazu dopełniały czerwone japonki. Jak większość Tajów w regionie, jest muzułmaninem.

– Na wieść o tym, że jestem muzułmaninem, większość ludzi odmawia wizyty – mówi ze śmiechem.

Jest to gorzka prawda. Jak łatwo przez ostatnie trzynaście lat daliśmy sobie wbić do głowy wizerunek muzułmanina jako terrorysty, lub w najlepszym wypadku oszołoma religijnego. Na podstawie zaledwie jednej informacji o czyimś życiu – wyznawanej religii – arbitralnie jesteśmy w stanie go sklasyfikować, jako osobę potencjalnie niebezpieczną.  Jest to nie tylko krzywdzące dla całej rzeszy uczciwych, serdecznych ludzi, lecz również przerażające, pokazując z jaką mocą działają na ludzi główne kanały informacji. Serwując pozbawione kontekstu, absolutnie nieobiektywne informacje, czynią z ludzi prymitywnych ignorantów. A ignorancja ludu jest wspaniałym sprzymierzeńcem każdej władzy, pragnącej pod pretekstem bezpieczeństwa po trochu odbierać strzępy wolności jakie nam pozostały.

 

Cha obrabia kokosa z wprawą mistrza

 

– Muzułmanie z Tajlandii są zupełnie inni od tych z Półwyspu Arabskiego. U nas wszystkie religie żyją w zgodzie. Muzułmanie, Buddyści, Chrześcijanie, no problem!

Ze względu na nasze przybycie, Cha oddał stery swojej łodzi przyjacielowi, aby zgodnie z planem obsłużył kolejną grupę turystów chcących odwiedzić sławne Cztery Wyspy. W oczekiwaniu na inną łódź wstąpiliśmy na kawę, cały czas słuchając historii życia opowiadanej łamaną angielszczyzną.

 

– Będąc młodzieńcem miałem porywczy temperament. Zdarzało się, że byłem taki nabuzowany, że aby ochłonąć musiałem spędzić noc na szczycie palmy. Dopiero wtedy oczyszczałem ciało z negatywnych emocji. Pewnego razu będąc na Phuket zaczął mnie zaczepiać jakiś obcy facet. Kiedy po moich dwóch ostrzeżeniach dalej mnie szturchał, nie wytrzymałem, wyciągnąłem nóż i wsadziłem mu nóż pod żebra.

– Zabiłeś go?

– Na szczęście nie – odpowiada – ale przez to przesiedziałem w więzieniu trzy lata. Po wyjściu, przeniosłem się tutaj i osiedliłem. Założyłem rodzinę i zupełnie zmieniłem swoje życie, wiecie? – bardziej stwierdza niż pyta. – Zająłem się rybołówstwem a później wożeniem turystów na Cztery Wyspy. I tak już zostało.

Cha uparł się, że zapłaci za nasze napoje i przekąskę. Tajowie – nieoficjalnie – płacą dwa razy mniej niż obcokrajowcy, więc na szczęście nie był to dla niego duży wydatek.

Czas spędzony na morzu i w ringu znajdują odzwierciedlenie w jego umięśnionej sylwetce.

– Kiedy miałem pięć lat, ojciec zaczął uczyć mnie podstawowych technik Muay Thai. W wieku osiemnastu lat, byłem już mistrzem prowincji Krabi – wspomina.

 

Muay Thai, czyli po prostu boks tajski, posiada w Tajlandii status sportu narodowego. Jest to brutalna sztuka walki, w której pojedynki toczone są wyłącznie w stójce, a zawodnicy mogą używać zarówno rąk i nóg, aby znokautować swojego przeciwnika. Przypomniawszy sobie swoje dwa jedyne treningi Muay Thai, lekko się wzdrygnąłem. Po tym krótkim epizodzie – podczas którego straciłem pół zęba – przekonałem się o swoim braku predyspozycji do sportów walki, lecz romantyczna wizja życia wojownika i jego walki ze swoimi słabościami, nadal pozostała z tyłu mojej głowy.  Cha oczywiście nie miał pojęcia o moich traumatycznych przeżyciach i z zapałem początkującego nauczyciela przystąpił do pokazywania mi podstawowych technik. Nie miałem specjalnie ochoty nawet na to, ponieważ wszelkie – nawet treningowe – kopniaki czy uderzenia wymierzone w drugą osobę wywołują we mnie jakiś wewnętrzny protest. Dodatkowo fakt, że miałem sparować z byłym mistrzem, nie dodawał mi otuchy. Na moje szczęście trener okazał się być łagodny i obeszło się bez niepotrzebnych urazów.

 

W końcu doczekaliśmy się łodzi i popłynęliśmy na pobliskie na Koh Po.

Podążając wąską, betonową ścieżką z przystani do domu gospodarza, mijamy szkołę. Wydaje się, że uczniowie są w wieku 7-13 lat, czyli mniej więcej nasza podstawówka. Przed szkołą znajduje się zielony dziedziniec, boisko do piłki nożnej i siatkowej, oraz bliżej niezidentyfikowany barak. Niektóre dzieciaki nawet mieszkają w szkole. Po około 10 minutach jesteśmy po drugiej stronie wyspy, w domu Cha. Poznajemy jego żonę Teem, oraz dwójkę najmłodszych dzieci. Starsza dwójka mieszka sto metrów dalej, w domu dziadków, bo przecież w tej małej izdebce by się w szóstkę nie pomieścili.

 

Domek ciasny ale własny

 

Rozkładamy się przed wejściem na bambusowych matach, a Teem zaczyna przygotowywać jedzenie. Marta trochę pomaga strugając papaję do sałatki. W międzyczasie Cha pokazuje mi swoją kolekcje noży, mieczy i sztyletów, które własnoręcznie zrobił. Większość nie jest szczególnie ładna, choć udaje mi się zawiesić oko na jednym lub dwóch sztyletach. W izbie jest tylko jeden pokój i kuchnia. Na podłodze zauważam wielki słownik do nauki angielskiego, do którego zresztą później Cha sięga co jakiś czas, żeby odnaleźć sens niektórych słów.

 

Najmłodszy z czwórki rodzeństwa, Anan

 

Po krótkiej prezentacji wnętrza, na macie ląduje kilka półmisków wypełnionych jedzeniem. Posiłek celebrujemy nieśpiesznie a później idziemy na plażę. Cha pokazuje nam jak się wspina na kilkunastometrowe kokosowe palmy i mocnymi kopniakami zrzuca owoce na ziemię. Mimo nikłego wzrostu Cha jest niesamowicie silny i zwinny. Wejście na szczyt zajmuje mu dosłownie kilkanaście sekund. Kilkoma uderzeniami maczety rozpruwa kokosa, a ze skorupy przygotowuje łyżkę, dzięki której łatwo wyłuskać bielutki miąższ. Po chwili jesteśmy pełni ale nasi gospodarze nie zwalniają tempa i idziemy na plażę w poszukiwaniu muszelek i krabów. Z malutkich muszli tworzą piękne girlandy, które zawieszone nad drzwiami wejściowymi mają chronić domowników przed złem. W poszukiwaniu skorupiaków obeszliśmy całą wyspę, a w tym czasie Cha zrobił dla Marty piękną bransoletę zaplecioną ze specjalnych gałązek, nieznanego mi gatunku. Wiem tylko, że podobne ozdoby na wyspy były sprzedawane za 500 bahtów! (ok 50 zł).

 

Te palmy są naprawdę wysokie!

 

A żona stoi z maczetą i tylko podpowiada które strącić.

 

Przed zachodem słońca czeka nas obowiązkowy mecz w siatkówkę. Na grę schodzą się kobiety i mężczyźni, młodzi i starzy, z całej wyspy. Dzielimy się na drużyny i gramy! Co set zachodzą zmiany w drużynach, żeby każdy mógł pograć. Bawimy się świetnie. Najpoważniej rozgrywkę traktują młodzieńcy. Ścinają, serwują z wyskoku, a po udanym ataku spoglądają na nas, jakby czekając na nasze reakcje. Nie szczędzimy braw i ze śmiechem obserwujemy jak chłopcy obrastają w piórka. Po doskonalej zabawie rozchodzimy się do domów, gdzie czeka nas długi wieczór. Dzień w Tajlandii trwa przez cały rok niemalże tyle samo, od 6 rano, do 6 wieczorem. Do wieczornych rozmów musimy rozpalić świece i lampki, bo prąd na wyspie jest dostępny tylko w ciągu dnia.

 

Marta struga papaję i chyba dobrze jej idzie

 

Cha to dla mnie uosobienie tajemniczego pierwiastka Azji, który wyziewał ze stron książek Tiziano Terzaniego. Ten sam, dzięki któremu poczułem nieopisany głód doświadczania tego odległego kawałka świata wraz z jego historią, kulturą i ludźmi. Opowiada nam o energii człowieka, i jak poszczególne części ciała są połączone z żywiołami.

 

– Jak wam już mówiłem, za młodu byłem strasznie narwany. Od kilkunastu lat siadam codziennie wieczorem, jak już żona i dzieci pójdą spać, i przez 2 godziny oddycham.

– Czyli właściwie medytujesz? – pytam.

– Wzmacniam mój przepływ energii z żołądka do głowy. W żołądku jest ogień. Dzięki temu jestem silny i sprawny. Pozwala mi to też utrzymać umysł w formie. Do ciała jednak najlepszy jest masaż tajski, próbowaliście już?

– Niestety jeszcze nie, ale mamy zamiar spróbować.

– No to dawaj Mario, kładź się, rozluźnij, a ja zajmę się resztą!

 

Tak też zrobiłem, a Cha zafundował mi krótką sesję bolesnego jak pierun masażu. Śmiał się przy tym z moich sztywnych i napiętych jak struny mięśni. Marcie masażu nikt nie zaoferował, muzułmanin nie odważyłby się tknąć żony innego mężczyzny.

Noc spędziliśmy w bungalowie, przeznaczonym specjalnie dla gości.  Nie była to zbyt przyjemna noc za sprawą wiecznie drących się kogutów. Atmosferę umilał za to kot, który chętnie szukał u nas dotyku i pieszczot.

 

Wejście do bungalowu obowiązkowo z muszelkowymi girlandami

 

Wiedzieliśmy, że Cha ma pracę i nie chcieliśmy narzucać się z gościną, więc postanowiliśmy porannym kursem wrócić na Koh Lantę. Sam gospodarz chciał żebyśmy zostali nawet miesiąc. Mówił, że może mnie trenować Muay Thai, możemy mieszkać za darmo w bungalowie. No problem! Szczerze mówiąc, propozycja pobytu w takim miejscu przez miesiąc wydawała się niezwykle kusząca. Nasz czas na Lancie dobiegał jednak końca i już mieliśmy plany ruszać dalej. Na pożegnanie otrzymujemy do domu girlandy z muszelek a my nie możemy się nadziękować za możliwość spędzenia wspaniałego dnia razem z nimi.

 

Pożegnalne wspólne zdjęcie

 

Cha na sam koniec powiedział, że wrócimy jeszcze tutaj kiedyś, ale już w trzy osoby. Czy tak się stanie, czas pokaże.

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.