Couchsurfing w Malezji, czyli jak się żyje w Kuala Lumpur

W Kuala Lumpur mieliśmy po raz pierwszy okazję skorzystać ze sławnego couchsurfingu. Dla tych mniej obeznanych wyjaśnię, że wspomniany couchsurfing, po polskiemu „surfowanie na kanapie”, to portal umożliwiający wyszukiwanie wolnego miejsca noclegowego u innych użytkowników, jeśli oczywiście wyrażą na to zgodę. Odbywa się to, rzecz jasna za darmo. Zapłata, w dość naturalny sposób  przybiera postać wymiany kulturowej, opowieści i wspólnego spędzania czasu. Według mnie, jest to jeden z najlepszych sposobów, aby bliżej poznać codzienne życie mieszkańców danego kraju. Z drugiej strony mam wrażenie, że coraz więcej ludzi szuka po prostu noclegu na krzywy ryj (byle za darmo), albo traktuje portal jako serwis matrymonialny. Początkowo umieściliśmy nasz plan podróży na otwartym forum, ale jakoś nikt specjalnie nie kwapił się do zaproponowania nam noclegu. W związku z tym, kilka dni przed przybyciem do K.L. przeszliśmy do ofensywy i wysłaliśmy wiadomości do 10. osób. Jedna z nich zaproponowała nam 3 dniową gościnę i już wiedzieliśmy, gdzie spędzimy Wigilię i Święta. Naszym hostem, czyli gospodarzem, miał być hindus o imieniu Sarthak, mieszkający od 2 lat w Malezji.

13 losowych obserwacji z Koh Lanty, Tajlandia

Im dłużej przebywamy w Tajlandii, tym coraz subtelniejsze aspekty życia codziennego jesteśmy w stanie poznać. Zaliczając w biegu kolejne zabytki, świątynie i inne miejsca „must-see” nie ma możliwości dostrzec wielu rzeczy drobniejszych. Podczas podróży najbardziej cenimy sobie właśnie takie doświadczenia. Codzienne rzeczy dla mieszkańców, najczęściej dla nas – turystów – są zupełnie zaskakujące. Kilka dni spędzonych w jednym miejscu otwiera oczy na wiele spraw. Na Koh Lancie spędzimy w sumie ponad miesiąc, ale już po trzech tygodniach możemy się z Wami podzielić naszymi obserwacjami dotyczącymi życia codziennego. Oczywiście pomijamy spostrzeżenia natury cenowej, bo to materiał na zupełnie osobny wpis.

Koh Lanta, czyli życie na wyspie

Po deszczowym i gorącym Bangkoku przyszła pora na zmianę klimatu. Zapragnęliśmy w końcu doświadczyć błękitnego morza, złotego piasku, palm kokosowych i lekkiej bryzy na twarzy. Jednym z niewielu planów, jaki mieliśmy wyklarowane przed wyjazdem, były przenosiny z Bangkoku na Koh Lantę – jedną z większych wysp na południu Tajlandii. Od celu dzieliło nas około 800 kilometrów i po rozpatrzeniu opcji: pociąg, samolot i autobus, wybór padł na autobus. Wychodziło najtaniej i w dodatku oszczędzaliśmy pieniądze na jednym noclegu, ponieważ kurs był realizowany nocą. Okazało się to być bardzo dobrym wyborem, bo prócz pieniędzy w portfelu, doświadczyliśmy również ciekawej rzeczy. Po kilku godzinach jazdy autobus zatrzymał się przed dużym budynkiem, do którego wprowadzono nas na posiłek. Rzecz jasna, wliczony w cenę biletu. Usiedliśmy przy sześcioosobowym osobowym stole i każdy otrzymał miseczkę „ryżowej owsianki”. Pośrodku stołu znajdowało się obrotowe podwyższenie, na którym leżały cztery półmiski z których można było sobie nakładać dodatki do ryżu wedle uznania. Po takim posiłku ładowaliśmy się do autobusu i już bez przerw dojechaliśmy do Krabi a następnie na Koh Lantę.