Tajski Boks na Koh Lancie

Dziwki, koks, tajski boks. Te słowa jeszcze nie tak dawno krążyły po internecie, dając natchnienie rzeszom polskiej młodzieży do konstruowania podobnych wersetów poezji pisanej, nierzadko opatrzonej obrazkiem. Można by pokusić się o analizę literacką, ale obawiam się, że nie podołałbym takiemu zadaniu. Zostawię sprawę dla znawców tematu a sam skupię się na tym, co znam i widziałem, czyli na tajskim boksie.

Będąc na Lancie, niespodziewanie wpadliśmy na pomysł udania się na galę boksu tajskiego. Sprawa brzmi poważnie, ale powagi w tym tyle, co w naszym KSW. Któregoś dnia, na koniec zajęć jogi, dowiedzieliśmy się, że jeden z uczestników trenuje na Lancie Muay Thai i tego wieczoru będzie walczył. Pomyśleliśmy, że może to być ciekawe doświadczenie i postanowiliśmy iść popatrzeć, jak leją się po mordach. Dowiedzieliśmy się także, że obcokrajowcy, głównie Skandynawowie, przyjeżdżają na Lantę trenować boks przez kilka miesięcy, pod okiem tajskich trenerów. Jest tutaj specjalnie przeznaczona do tego sala, gdzie odbywają się wszystkie treningi.

Można by rzec, że mam doświadczenie praktyczne w Muay Thai. Onegdaj zdarzyło mi się być dwukrotnie na takim treningu, ale zanim zdążyłem kupić jakikolwiek sprzęt, zrezygnowałem. Na treningach było wielu młodych ludzi, być może żadnych krwi, którzy zdawali się traktować początkujących bez taryfy ulgowej. Podczas jednego ze sparringów, jeden z takich młodych gniewnych nastrzelał mi kilka dobrych razów, co poskutkowało wybiciem zęba. Tym incydentem zakończyłem swoją krótką, acz burzliwą przygodę z boksem tajskim i odkryłem, że sztuki walki nie są dla mnie, ponieważ nie jestem w stanie zrobić krzywdy drugiej osobie. Chociaż na płaszczyźnie ideologicznej i rozwojowej, sztuki walki nadal brzmią dla mnie romantycznie. Od czasu łapię się na rozmarzaniu, jak to by było trenować kung-fu w położonym w górach klasztorze, pod okiem chińskiego mistrza. W umyśle i w filmach wygląda to pięknie i chyba najlepiej, żeby tak pozostało.

Tak więc nadszedł wieczór i skierowaliśmy nasze kroki do sali treningowej, gdzie rzekomo miała odbyć się walka. Po dotarciu na miejsce zastaliśmy kota i kilka worków. Ludzi jakoś nie zaobserwowaliśmy. Na szczęście drugie podejście okazało się owocne i po zakupie biletów 800 bahtów/osobę i obowiązkowym zakupie piwa marki Chang, siedzieliśmy na prowizorycznych trybunach, spoglądając na ring przy dźwiękach popularnych, zachodnich przebojów. Czułem się trochę jak na pabianickich schodach na Lewitynie, tyle, że zamiast wody, był ring. Trybuny zaczęły się powoli zapełniać samymi białasami, którzy tylko czekali aby ich zabawić.

Boks tajski uważany jest za dość brutalny, ponieważ podczas walki można używać zarówno nóg, jak i rąk. Co prawda na przestrzeni ostatnich lat przepisy zrobiły się trochę bardziej restrykcyjne, głównie za sprawą wypadków śmiertelnych, które wcale nie należały do rzadkości. Podczas gali odbyło się pięć walk. Na początku każdej z nich, przy dźwiękach ulubionej muzyki do ringu wchodzili wojownicy. Nagle muzyka zmieniała się na coś, w stylu plemiennej a zawodnicy rozpoczynali rytuał. Powoli przechodzili od narożnika do narożnika kłaniając się przy każdym z nich a później rozpoczynali coś na kształt tańca, mający niby dodać im sił i onieśmielić przeciwnika. Tak przygotowani, mogli przystąpić do walki.

To co nas zniesmaczyło, to pierwsza walka małych dzieciaków. Bodajże siedmiolatkowie toczący pojedynek na oczach masy dopingujących farangów, niekontrolowanie wzbudzili w nas obrzydzenie. Kiedy grubasek sprzedał chudzielcowi nokautującego kopniaka, na trybunach rozległy się oklaski. Myślę, że to krzywdzące dla dziecka, wstawiać go w takim wieku do ringu, ale być może w Tajlandii to standard. Organizatorzy mają kieszenie napchane, więc kto by się przejmował. Następne walki przebiegały dla nas bez większych emocji. Wydawało się, że w większości zawodnicy walczyli dość nieudolnie i czasem wyglądało to komicznie. Może zdarzył się jeden efektowny nokaut, ale ogólnie emocje były jak na rybach. Zdarzali się ludzie, głównie rodacy Christiana (tego z jogi) ze Szwecji, którzy żywo gestykulowali i dawali ponieść emocjom. My jakoś tego nie poczuliśmy i po zakończeniu trzygodzinnej gali, udaliśmy się do domu.

Kiedy później ludziom wspominaliśmy, że byliśmy na Muay Thai na Lancie, łapali się za głowę i śmiali, że to tylko nędzna pożywka dla turystów. Aby obejrzeć dobre walki, polecali nam udać się do Bangkoku. Być może kiedyś będziemy mieli jeszcze okazję przekonać się co do Muay Thai, bo sprawiał wrażenie mało interesującego.

PS. Ups, właśnie zauważyłem, że nieopatrznie wywaliłem z aparatu przed zgraniem wszystkie zdjęcia z tego wydarzenia 🙁

Zdjęcie główne: Barok

podziel_sie

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.