Ałtaj 2017 – Czemal i Jeziora Karakolskie

Poranek nieco mnie zaskoczył – nie było wody. Pozytyw był taki, że zorientowałem się zanim poszedłem na dwójkę.

W końcu czekał mnie autostop. Chciałem dostać się do Czemala, niedużej wioski będącej turystycznym centrum Ałtaju. Łapać zacząłem w Majmie. Pierwszą podwózkę złapałem do wioski Manżerok a drugą prawie do samej Ust-Siemy. W obu przypadkach nie czekałem długo, około 15-20 minut. Kilka kilometrów przed Ust-Siemą, gdzie od Czujskiego Traktu odchodzi droga do Czemala złapałem już ostatnią okazję. Bigiet, rodowity Ałtajec o pucołowatej twarzy wcale nie planował jechać tak daleko. Przeciwnie, jego droga wiodła w zupełnie innym kierunku. Usłyszawszy mój plan, postanowił jechać ze mną i pokazać co nieco na miejscu.

Bigiet był bardzo dumny, że jest mieszkańcem Ałtaju. Co rusz na swoim smartfonie pokazywał mi przeróżne filmiki promocyjne regionu. Jednocześnie narzekał na brak pracy. Cieszył się na nadchodzący sezon na szyszki kedrowe, dzięki którym można nieźle zarobić. Skupy płacą ok 50-60 zł za worek szyszek, a w ciągu dnia uwijając się można zebrać takich kilkanaście. Sezon jest krótki, więc trzeba wycisnąć ile się da. Później spotkałem się z żartem na ten temat, który bardzo bawił Rosjan: „Po czym poznać, że zaczął się sezon na szyszki? Na każdym drzewie można wypatrzeć Ałtajca”. Bigiet był sympatycznym gościem z którym dało się normalnie pogadać. To był miły kontrast w stosunku do Buriatów z okolic Bajkału, z którymi zazwyczaj miałem dziwne doświadczenia.

Dojechawszy do Czemala udaliśmy się na wyspę Patmos. A w zasadzie podjęliśmy taką próbę, bo aby dostać się na wyspę, trzeba było wyczekać swoje w kolejce. Na drewnianym moście mogło jednocześnie przebywać maksymalnie 6 osób, poruszając się ruchem wahadłowym.
Poszliśmy wzdłuż rzeki Katuń i Bigiet opowiadał mi o wielkiej skali zniszczeń podczas powodzi z 2014 roku. Oczom nie chciało się wierzyć, że woda tak drastycznie podniosła swój poziom, co było szczególnie widoczne po zerwanym moście na wysokości dobrych 10 metrów.

 

W czasie powodzi woda sięgała aż do mostu

 

Bigiet pomógł mi też znaleźć nocleg i kiedy się żegnaliśmy dałem mu 500 rubli. Choć twierdził, że wcale nie trzeba, tym chętniej mu je wcisnąłem.

Na kolacji poznałem przesympatyczną kucharkę, która swoim ciepłem otaczała chyba wszystkich gości. Opowiadała mi, że niedawno gościli grupę 12 Polaków i myślała, że od nich dowiedziałem się o pensjonacie.

Zapisałem się na wycieczkę na Jeziora Karakolskie. Mają o mnie przyjechać o 6 rano a przewidywana godzina powrotu to 18. Choć zawsze alergicznie reagowałem na tego typu zorganizowane przedsięwzięcia tym razem postanowiłem przełamać się i podejść do tego pozytywnie.

Naszła mnie myśl, że póki co, to mój najczystszy wyjazd do Rosji. Codzienna kąpiel, nocleg pod dachem. Luksus. Ale powoli czuję, że kumuluje się we mnie energia żeby znów poczuć dziki zew..

 

JEZIORA KARAKOLSKIE

Pobudka o 6 rano nie należała do najgorszych, chociaż znowu mało spałem. Zapakowałem fanty jak to w góry: przeciwdeszczowo, ciepło, wygodnie i lekko. Miałem wątpliwości czy to faktycznie potrzebne. W końcu jechałem na zorganizowaną wycieczkę z losowego pensjonatu, więc chyba nie może być zbyt ciężko? Ale lepiej być przezornym i zabezpieczonym, niż później pluć sobie w brodę i marznąć.

O 6.40 podjechał po mnie transport a po drodze wzięliśmy jeszcze jedną dziewczynę. Samochód dowiózł nas do rozwidlenia w kierunku jezior Karakolskich, i dalej mieliśmy jechać na GAZie-630, czyli czymś, co w teorii powinno przejechać po wszystkim. Wycieczka była zbieraniną z całej okolicy i różne grupy na miejsce zbiórki dotarły różnym transportem. W sumie uzbierało się nas 10 osób. Myślałem, że spotkam jakichś obcokrajowców ale się przeliczyłem, prócz mnie byli sami Rosjanie.

Zobaczywszy na zbiórce ludzi w trampkach, lekkich dresach i bez plecaków, zwątpiłem w sens mojego sprzętu i czułem, że się wygłupiłem. Niektórzy nawet nie mieli jedzenia choć wycieczka miała trwać 12 godzin Przewodnik Anatolij, którego na początku wziąłem za uczestnika wycieczki zadawał się małomówny i niezbyt przyjemny. Też był w prostych adidasach z małym plecaczkiem. Gdzie ja jadę, myślałem.

Na miejsce startu jechaliśmy 1,5 godziny po strasznie wyboistej i błotnistej drodze, kilkukrotnie przekraczając wcale niemały bród. Wytrzęsło nami tak, że zacząłem sobie przypominać traumatyczne przygody z chorobą lokomocyjną. O tyle miło, że przeszłość się nie zmaterializowała w postaci wymiocin.

Kiedy dojechaliśmy na polanę postawiono przed nami dwie opcje: pieszo 8 kilometrów do pierwszego jeziora, albo dalej GAZem za dodatkową opłatą. Na opcję pieszą zdecydowały się 3 osoby i nasz przewodnik, co pozwoliło nam stworzyć młodą, wesołą kompanię: Angelina, Iwan, Anatolij i ja.

 

Cześć naszej wesołej ekipy

 

O dziewczynę z początku trochę się obawiałem ale okazała się być twardą sztuką. Młoda, sympatyczna i kontaktowa, miło nam się rozmawiało. Dopiero pierwszy raz jechała na jeziora, mimo że wychowała się kilkadziesiąt kilometrów obok nich. Anatolij narzucał mocne tempo i w ogóle mało się odzywał. Był typem samotnego wilka który zdawał się gardzić materialnym światem i słabością. Miał przeszywające spojrzenie, nie używał zbędnych zbędnych słów. Mimo niedostępności było w nim coś, co mi się podobało. Może to ten typ Sybiraka. Twardy, trochę zimny, ale w tym wszystkich bardzo ludzki.
Z biegiem kilometrów jasne stało się, że trafiłem z doborem sprzętu. Szlak bym przyrównał do tego wiodącego na Halę Gąsienicową z naszych tatrzańskich Kuźnic. Pogoda płatała figle: to padał deszcz, to śnieg, to świeciło słońce. Najczęściej jednak to pierwsze. U moich kompanów, zaopatrzonych w adidasy, szybko zrobił się gnój w butach. Podejście nie było zabójcze, i po niecałych 2 godzinach doszliśmy do pierwszego jeziora, które otwierało dolinę przywodzącą na myśl naszą tatrzańską piątkę, z tą różnicą, że tutaj były dwa jeziora więcej.

Do dłuższego postoju doszliśmy przed grupą zmotoryzowaną. Co to musiała być za droga skoro 10 km jechali 1,5 godziny! Dalej, wokół jezior, poruszaliśmy się już zwartą ekipą, a Anatolij jakby od niechcenia opowiadał przy każdym z nich co nieco o jego nazwie. Angelina i Iwan robili dziesiątki selfie przy każdej nadarzającej się okazji. Ja raczej zająłem się krajobrazami, a tych było mnóstwo i na dodatek wspaniałe. Każde kolejne jezioro leżało wyżej od poprzedniego i z każdego kolejnego rozciągał się coraz to lepszy widok. Po czterech kilometrach marszu, szlak zaprowadziły nas na najwyższe jezioro, którego woda, wedle legendy, ma działać uzdrawiająco. Zanurzyłem ręce w lodowatej cieczy, obmyłem twarz i pomyślałem, że fajnie, jakby rzeczywiście tak było.

Mimo tylu kilometrów na szlaku nikt nie zdradzał oznak zmęczenia ani głodu. W biurze nikt ich nie poinformował o panujących warunkach, więc przyszli kompletnie nieprzygotowani. Podobała mi się wytrzymałość i pogoda ducha tych ludzi. Nie narzekali, tylko maszerowali z uśmiechem i wygłupiali się. Anatolij szedł cały czas mocnym tempem i co chwila, bez wyrazu irytacji, czekał na wszystkich. Kiedy usłyszałem, że w sezonie taką trasę pokonuje średnio 5 razy w tygodniu, nie mogłem wyjść z podziwu. Dzień w dzień 25 kilometrów i 12 godzin to niezwykły wysiłek. Jak to wytrzymujesz, pytałem? Lubię to, odpowiadał.

Po obejściu jezior, Iwan zdecydował się wracać z grupą zmotoryzowaną, a ja, Angelina i Anatolij poszliśmy pieszo. Deszcz zlał nas tak, że prawie spłynęliśmy z gór razem z błotem. Widziałem, że dziewczyna zaczyna słabnąć ze zmęczenia i zimna. Woda płynęła wartkim potokiem na wysokości kostek i obmywała nasze stopy lodowatym dotykiem. Dla podtrzymania morale zwarliśmy grupę i szczęśliwie zeszliśmy do polany, gdzie już czekało na nas ognisko, a zza chmur wyjrzało słońce.

Po powrocie do pensjonatu miałem ochotę paść na twarz, ale w duszy mi grało. Tym razem szybko zasnąłem.

 

<<< POPRZEDNIA CZĘŚĆ             NASTĘPNA CZĘŚĆ >>>

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.