Ałtaj 2017 – Przełęcz Czike-Taman

Z Czemala wyjechałem o 10.30 i po godzinie byłem w Ust-Siemie. Niestety, po poprzednim słonecznym dniu nie pozostał ślad i niebo szczelnie zakrywały chmury z których od czasu do czasu sączyła się mżawka. Z tej krótkiej przejażdżki w mojej pamięci utknął jeden osobliwy obraz – osioł w pomarańczowej czapce, skubiący trawę przy drodze. Osioł w czapce, dobre sobie.

Moim kolejnym dużym przystankiem miała być najwyższa góra Ałtaju – Biełucha, wznosząca swój ośnieżony szczyt na wysokość ponad 4500 metrów. Nie łudziłem się, że dotrę tam w ciągu jednego dnia, ale jakiś plan i punkt zaczepienia były, co w zupełności mi wystarczyło.

Pierwszą okazję złapałem na dystans zaledwie 25 kilometrów, ale na bezrybiu i rak ryba. Wysadzili mnie w szczerym polu, co zresztą nie było niczym dziwnym.

Moim kolejnym paputczikiem (towarzyszem podróży) był lokals. Chcąc pokazać mi jak wygląda życie na ałtajskiej wsi, po drodze zawiózł mnie do siebie i w końcu zobaczyłem jak oddziela się kedrowe orzeszki od szyszek. Mają do tego specjalną maszynę, w wyglądzie przypominającą gigantyczną maszynkę do mięsa. Od góry wsypuje się szyszki, obierki wypadają bokiem a orzeszki są wytrząsane z otrębów na małej taśmie. Jako wyraz gościnności, w prezencie dostałem 2 kilogramy takich orzeszków, nalewkę z krwi jelenia i coś co wygląda jak huba. Ta huba, ścierana do herbaty ma zapewnić mi 100 lat życia. No nie wiem, być może, ale raczej nie spróbuję. Nie powiem, żeby było to wygodne to wożenia, ale prezenty z zasady przyjąć trzeba.

Po tym krótkim przystanku krajoznawczym, zaoferował się podrzucić mnie na przełęcz położoną aż 50 kilometrów dalej. W trakcie jazdy rozgadał się strasznie na tematy polityczne. Wszystko kręciło się wokół tezy, że z Rosją nikt nigdy nie wygra. Oni nigdy nie zaczęli żadnej wojny sami z siebie, a Ameryka obecnie zdecydowała się rozbijać ich od środka, dokładnie tak samo jak rozbijała pozostałe kraje. Ameryka jest całym złem tego świata. Konkluzja była taka, że póki jest wóda i kałach, Rosja zawsze powstanie z kolan. Pocieszające.

Na przełęczy nic ciekawego nie zastałem więc niezwłocznie ruszyłem dalej. Czekając na stopa dołączyła do mnie młoda dziewczyna z Chakasji i ucięliśmy sobie miłą pogawędkę w oczekiwaniu na jakiś litościwy pojazd. W końcu takowy pojawił się pod postacią ciężarówki i zawiózł nas aż do wioski Ongudaj. Anna też planowała jechać aż pod Biełuchę, tylko inną trasą, więc wysiadła wcześniej. Powinienem był postąpić podobnie, ale dowiedziałem się o tym kilkadziesiąt kilometrów później.

Z Ongudaja musiałem przedreptać kilka kilometrów przez roboty drogowe i ostatnią okazją tego dnia planowałem dojechać na przełęcz Czike-Taman i po raz pierwszy podczas podróży zanocować na dziko. Zmrok zapadał szybko a mnie zaczęły nachodzić wątpliwości czy dam rade pokonać ostatnie 30 kilometrów. Wysmażyłem plan, który zakładał czekanie do godziny 20, a w razie niepowodzenia szukałbym miejsca do spania w sąsiedztwie trasy.

 

Widok z przełęczy Czike-Taman

 

Poszczęściło się kwadrans przed zakładaną godziną i dojechałem szczęśliwie do przełęczy. Niestety, dowiedziałem się też, do dojazd pod Biełuchę od strony wschodniej, nie jest możliwy samochodem. W grę wschodziła albo 50 kilometrowa piesza trasa przez zupełną dzicz, albo cofka tam gdzie wysiadła Anna i pokonanie 300 kilometrowej okrężnej trasy dolinami. Trochę spraw i planów to pokomplikowało, ale postanowiłem martwić się później. Słońce już dawno schowało swoje oblicze za górami, a ja musiałem jeszcze rozbić obóz.

Oddaliłem się kilkaset metrów od trasy i znalazłem cudowne miejsce na nocleg z widokiem na wielką dolinę rozciągającą się w kierunku południowym. Rozpaliłem małe ognisko i cieszyłem się ciepłym wieczorem z rozgwieżdżonym niebem. Pierwsza samotna noc w terenie zazwyczaj przychodzi mi najciężej, jednak tym razem zasnąłem zadziwiająco szybko, wcześniej nastawiwszy budzik na wschód słońca.

W środku nocy ze snu wyrwał mnie warkot silnika. Kilkanaście metrów od namiotu stał samochód. Nie spodziewałem się żeby ktokolwiek o tej porze mógł się pojawić na małej, leśnej drodze. Nadstawiłem uszu i w ciszy nasłuchiwałem o czym rozmawiają nieznajomi. Nie byłem w stanie prawie nic zrozumieć, udało mi się tylko kilka razy wyłowić charakterystyczne słowo „turist”. Rozmowa trwała około 10 minut, aż usłyszałem coś, co brzmiało jak przeładowanie pistoletu. Gula podskoczyła mi do gardła. Siedziałem cicho i czekałem w napięciu, a minuty płynęły jak godziny.

Odjechali.

 

<<< POPRZEDNIA CZĘŚĆ              NASTĘPNA CZĘŚĆ >>>

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.