Bajkał 2013 – część III

Obudziłem się niekiepsko skacowany. A trzeba było ruszać do Ułan-Ude. Na szczęście na dworzec mieliśmy rzut kamieniem i  ledwo powłócząc nogami dotachaliśmy nasz dobytek. Łamiąc stereotypy o polskim pechu od razu załapaliśmy się na busa. Potwierdziła się teza, że każdy przejazd jest przygodą. W Rosji ogólnie dystanse są nieco inaczej pojmowane niż w naszej rodzimej Polsce. 200 km to jak z Pabianic do Łodzi. A dzień jazdy to jak wycieczka do Warszawy. Dlatego za każdym razem na trasie mieliśmy jeden lub dwa dłuższe postoje w przydrożnym barze, gdzie można było standardowo zjeść coś buriackiego. Z założenia sa bez limitu czasowego, bo kierowcy od momentu wyjazdu z miasta A nie obowiązuje już żaden rozkład jazdy. Marszrutka i tak jest najczęściej pełna a poza tym po drodze za bardzo nie ma miejsc gdzie można wsiadać a więc jednocześnie nie ma przystanków pośrednich bo 95% pasażerów jedzie z A do B. O ile u nas autobusy to najczęściej zawalidrogi tak tutaj do demony szos.

 

Wyprzedzanie Maybachów, Mercedesów czy innych maszyn w, delikatnie ujmując, lepszym stanie, to zupełny standard. Jak zapytasz Rosjanina jakie są najlepsze samochody na ich drogi to odpowiedzą, że albo Kamazy albo marszrutki. Bo wyboje, zakręty, górki, szutrowa nawierzchnia i inne takie nie sprawiają, że rosyjski kierowca zwalnia. O nie, on przyspiesza i wykorzystuje ten moment do wyprzedzania. Czasem z nieznanych nam bliżej powodów nasz drajwer jechał sobie lewym pasem przez dłuższy czas. Prowadziło to do takich kuriozalnych sytuacji jak samochód wyprzedzający nas z prawej strony albo mijanka z gościem jadącym naszym prawym pasem. Gdzieś w tym wszystkim zdarzały się wyprzedzania 10-samochodowych kolumn. W takich klimatach dojechaliśmy na miejsce. 480 km w 7 godzin. Przyzwoity wynik biorąc pod uwagę fakt, że część drogi była w remontach , ale z drugiej strony natknęliśmy się na.. 1 sygnalizację świetlną. Na miejscu mieliśmy spotkać się  Siergiejem – Buriatą, którego poznaliśmy w pociągu.  Niestety nasze telefony nie chciały współpracować i za diabła nie mogłem się z nim skontaktować. Ostatecznie zmuszeni do szukania noclegów wylądowaliśmy w „hotelu” Barguzin. A co to był za hotel..

 

Pijaki i dziwki

Kiedy już najedliśmy się do syta na mieście i ogarnęliśmy wszystko, wróciliśmy do naszego hotelu. Tym razem nie zabrakło ciepłej wody ale dostęp do niej nie był taki prosty jak u nas. Trzeba było znaleźć „klucznika”, który posiadał klucz do jednego z pokoi hotelowych (tak tak, nie do osobnej łazienki) w którym była ciepła woda. Jasne, bo inaczej byłoby za prosto. Zbieraliśmy się do spania, bo trzeba było wstać skoro świt – bus do Ust-Barguzina odjeżdżał o 7 rano. Niespodziewanie przy drzwiach zaczepił nas losowy buriata. Chciał pić i gadać. Poszedłem z Tomkiem na trochę do jego pokoju a on zaczął rozprawiać o historii Rosji, wychwalać Lenina i rewolucję, opowiadać o Buriacji, żydach i wojnach światowych. Wspominał nawet o bitwie pod Grunwaldem. Rozumieliśmy go piąte przez dziesiąte bo już był nieźle zrobiony. Tomek wypił z nim mało co, ze 2 kolejki, ja z kolei jakoś nie miałem ochoty. Z czasem niestety zaczął robić się trochę agresywny i postanowiliśmy zawijać z imprezy. Już w drzwiach naszego pokoju zaczepił mnie jeszcze na chwile i z tego co zrozumiałem chciał zabić Tomka, bo zaczął z nim flaszkę a nie skończył! Na szczęście oddalił się po dobroci. Pijany i samotny. Myśleliśmy, że to koniec przygód na ten wieczór ale nic z tego. Przez calutką noc budziły nas trzaskanie drzwiami, chrobotanie zamków i głośne rozmowy. Apogeum nastąpiło około 5, kiedy jakaś kobieta zaczęła na korytarzu płakać a następnie weszła do pokoju obok, skąd zaczęły nas dobiegać jęki i krzyki, które zapewne były owocem płatnej miłości. Przynajmniej bez większych problemów wstaliśmy o 6 i jak najszybciej opuściliśmy legowisko dziwek i pijaków. Świtać zaczęło wyjątkowo późno, bo dopiero około 6.15.

 

Pojadą czy nie?

Na przystanku zameldowaliśmy się o 6.45 ale prócz nas było sporo narodu. Towarzysze najwidoczniej również zmierzali w tym kierunku co my. Oba busiki były już pełne więc nie wyglądało to najlepiej. Postanowiliśmy jednak poczekać na rozwój sytuacji bo nie byliśmy osamotnieni w naszym braku miejscówek. Odnosiło się wrażenie, że dla wszystkich takie czekanie to chleb powszedni. Zbędne pytania i niepewny wzrok można było odnotować jedynie u nietutejszych. Przyjęliśmy zatem postawę lokalną – czekać bez pytań. Okazało się to trafioną taktyką. Kierowcy po kilku telefonach w kilkadziesiąt minut skołowali dodatkowe pojazdy. I tak w piątym z kolei busie już o 7.45 byliśmy w drodze do Ust-Barguzina. Ciężko sobie wyobrazić taką sytuację u nas.

 

Święty Nos

Ust-Barguzin okazał się dla mnie kumulacją moich wyobrażeń o Syberii. Szerokie zakurzone ulice, parterowe domy a przed nimi stare radzieckie maszyny typu UAZ albo ZIŁ. W oczy rzucały się masy badziewia i szrotu walającego się na poboczach, i sterty drewna, czekającego aż tylko coś się z nim zrobi. Ludzie spacerujący środkiem drogi i motory z koszyczkami, które jadąc wzniecały tumany kurzu. Nad tym wszystkim jak zawsze górowały poprzekrzywiane slupy energetyczne.  I ten flegmatycznie ciągnący się czas. Wrażenie, jakby przestrzeń syberyjskiej mieściny była wypełniona niewidzialną smołą. Czuć było ten klimat.

 

Na prom mieliśmy czekać 45 minut bo akurat trafiliśmy na przerwę obiadową. W międzyczasie postanowiłem poszukać informacji o statku na Olchon, którym za kilka dni chcieliśmy się tam przedostać. Niektórzy nie mieli pojęcia o żadnym promie, inni twierdzili, że nic na Olchon nie pływa, a jeszcze kolejni wysyłali mnie w kolejne miejsca gdzie ktoś mógł coś wiedzieć. I tak po pokaźnej rundce dookoła wioski wylądowałem w tym samym miejscu. Nie było mnie trochę ponad godzinę a Marta w tym czasie zdążyła podnieść alarm, że gdzieś zaginąłem. Pytała o mnie ludzi i babuszek ze straganów a tu dupa. Tomek poszedł mnie szukać na wybrzeże. Kiedy wróciłem oczywiście zebrałem opierdziel, że straszę ludzi ale na szczęście nic wielkiego się nie stało. No a co do statku, okazało się, że najciemniej pod latarnią. Rozkład promów był tuż obok portu . Co prawda miejsce odprawy dalej pozostawało tajemnicą  ale w końcu udało nam się znaleźć domek kapitana i potwierdził wszystkie informacje. Spokojni, mogliśmy ostatecznie ruszyć na Święty Nos. Po uiszczeniu opłaty przy wejściu do parku czekała nas dłuuga droga. Musieliśmy przedostać się przez Przesmyk Cziwirkujski o długości około 25 kilometrów. Perspektywa to kiepska z kilkudziesięcioma kilogramami na plecach, dlatego postanowiliśmy próbować łapać stopa.  Mimo bardzo marnego ruchu, po 15 minutach czar dziewczyn zadziałał i już siedzieliśmy w starym, klekoczącym łaziku. Samochód idealny na tę drogę, bo na takie dziury i wyboje nie potrafię sobie wyobrazić nic lepszego. Podczas rozmowy dowiedzieliśmy się, że nasz kierowca niedawno również podwoził jakieś dziewczyny z Polski. Ostrzegł nas również przed muszkami a na wiadomość, że mamy mało repelentów pokiwał tylko głową ze współczuciem. Teraz wiem, że ta reakcja nie mogła być bardziej prawdziwa.. Po około 30 minutach byliśmy na miejscu. Jak się okazało, kierowca chciał od nas trochę pieniędzy więc daliśmy mu 200 RU i się pożegnaliśmy.

Wywołało to w nas mieszane uczucia, ale być może zapłata za autostop jest tutaj czymś normalnym i my mogliśmy chcieć popełnić faux pax. Tak czy inaczej w końcu byliśmy na Bajkałem. No, dokładniej to nad zatoką Kułtuk. Krajobrazy porażały różnorodnością. Z jednej strony wdzięczą się górskie grzbiety Świętego Nosa, z drugiej zalotnie szumią fale Bajkału a między nimi do głosu próbuje dojść niemal pustynna roślinność Przesmyku Cziwurkijskiego. Namioty rozstawiamy przy kamienistym wybrzeżu i po raz pierwszy zanurzamy się w bajkalskiej toni. Woda na standardzie pizdna, ale to jest mało istotne w takim momencie. Ku naszemu rozczarowaniu jest tylko lekko syfiasta. Jak się później dowiedziałem, za taki stan rzeczy odpowiadają osady niesione przez rzekę Barguzin. Każda fala wyrzuca na brzeg masę iłów i innego gówna. Widać to szczególnie na piaszczystym wybrzeżu. Na kamienistym wygląda to o niebo lepiej.

 

Niedługo po rozstawieniu obozu skierowałem swoje kroki do maleńkiej, leżącej nieopodal wioski – Glinki. W latach 90, fiński biznesmen budował tutaj dużą turbazę. W 1998, tuż przed ukończeniem budowy, doszczętnie spłonęła a prace już nigdy nie zostały wznowione. Przypadek? Nie sądzę. Glinka aktualnie trochę straszy. Wzbudza ten sam niepokój co wszystkie porzucone i nagle opuszczone budynki. Duże okna wyglądają ze zwęglonych, drewnianych ścian. Samych gospodarstw, tych żywych, zaledwie garstka. Odnotowałem pięć, ale mimo to, na zewnątrz nie spotkałem żywego ducha. Po spędzeniu dłuższej chwili w tej niepokojącej atmosferze w końcu wróciłem do obozu. Nagle, około 19 zaczęły nam się naprzykrzać maleńkie muszki. Gryzły trochę delikatniej od komarów, ale nadal boleśnie. W tamtej chwili nie spodziewaliśmy się, że będzie to nasz główny nemesis przez kilka najbliższych dni. Z każdą minutą ich aktywność rosła i w końcu, musieliśmy wycofać się do namiotów. A one za nami. Ich liczba urosła do tak zatrważających rozmiarów, że ciężko to opisać. Miały ok 3mm długości a waliły w namiot taką chmarą, że odnosiło się wrażenie jakby padał lekki deszczyk. Czekało nas najgorsze – wyjście na zewnątrz. Wiedziałem, że w okolicy występują niedźwiedzie, więc w ramach przezorności chcieliśmy powiesić żarcie na drzewach trochę dalej od obozu. Po długim zwlekaniu, w końcu, razem z Tomaszem zdecydowaliśmy się na desant. Cóż to była za ściana, obrzydliwego, gryzącego, latającego tałajstwa. Jakby wsadzało się twarz w mrowisko! Właziły wszędzie, we włosy, w oczy, w uszy, do nosa, do ryja i w ogóle gdziekolwiek się dało. Istny koszmar. W amoku pozbieraliśmy żarcie i szybko uciekliśmy bo tylko bieg dawał chwilowe wytchnienie przed milionowa armią żądną naszego cierpienia. Każde otwarcie namiotu wiązało się z dostaniem do środka małego oddziału, który trzeba było wybić aby w ogóle zasnąć. Po długich konwulsjach, jękach rozpaczy i przekleństwach dobiegających z obu namiotów, w końcu znaleźliśmy sen. Sen, z nadzieją na lepsze jutro. Sen, gdzie śnił nam sie świat bez muszek. Ale sny są tylko nocną marą, wytworem naszej wybujałej wyobraźni. A ta ma to do siebie, że kreuje rzeczy mało prawdopodobne, nierealne, niemożliwe. Tak jak niemożliwy był poranek bez muszek.  Były, a jakże. Na szczęście już nie w obezwładniającej ilości, ale wystarczającej, żeby człowieka dalej doprowadzać do szału. Mimo tego, trzeba było się spakować i ruszać wyżej, z duszą na ramieniu. Muszki ewidentnie ciągnęły do ciepła. Przy namiotach nadal było ich mnóstwo lecz po odejściu na chociażby 100m można było zaznać chwili wytchnienia, dopóki robactwo nie wyczuło, że źródło ciepła zmieniło swoje współrzędne położenia. Na czas pakowania przyjąłem taktykę podjazdową, czyli hit&run. Z impetem wbiegałem do namiotu, porywałem łapczywie tyle rzeczy ile się dało a następnie biegłem z nimi 200m na następna plażę. Podczas biegu gubiłem muszki i po przeniesieniu całego dobytku mogłem się względnie spokojnie spakować. W ciągu następnych 2 dni chcieliśmy zdobyć szczyt Makarowa i zabiwakować wysoko a następnie zejść i uciekać ze Świętego Nosa aby zdążyć na statek na Olchon. Każdy postanowił na dole zostawić część zbędnych rzeczy. Ja swoje i Marty zostawiłem wysoko na drzewie przywiązane liną.

 

Naszym celem był szczyt Makarowa. Podejście, zgodnie z przewodnikiem, okazało się forsowne.  Szlak łatwy, ale w przeciwieństwie do naszych, chociażby tatrzańskich, nie meandruje prawie wcale, tylko prowadzi cały czas grzbietem prosto w górę. W trakcie podejścia mijamy co jakiś czas grupki innych turystów. Na pytanie o górę Makarowa odpowiadają wzruszeniem ramion a ja zastanawiam się, czy nie znają góry, czy mnie nie rozumieją, czy też może szczyt ma tutaj inną nazwę. Po niecałych trzech godzinach docieramy na przełęcz gdzie jest dobre miejsce na biwak. Sceneria rodem z Mordoru. Jesteśmy skąpani w chmurach a wokół nas całe połacie spalonej kosodrzewiny. Ja i Tomasz po chwili odpoczynku uznaliśmy, że napieramy dalej w górę w poszukiwaniu Makarowa a dziewczyny zdecydowały zostać. Tomek narzucił mocne tempo i już po godzinie byliśmy na górze. Zastajemy malowniczy płaskowyż ale z tej perspektywy nasz szczyt wcale nie wygląda na najwyższy. Patrzymy jeszcze raz na mapę no ale nie ma bata, musimy być dobrze. Turyści, których spotykamy na płaskowyżu również zdają się nic nie wiedzieć o naszym tajemniczym Makarowie. Podziwiamy widoki, znajdujemy nawet źródełko i cudne miejsce do biwaku. Żałujemy, że nie doszliśmy z plecakami do tego miejsca. Muszek ani widu ani słychu w przeciwieństwie do naszego biwaku. Na szczęście zaczyna wiać wiatr, który jest najskuteczniejszą bronią na te bestie. Dzięki tego udaje nam się spędzić spokojny wieczór.

 

Zejście następnego dnia skutecznie przyspieszył atak muszek. Z kolei nad Bajkałem solidny wiatr. Fale jak na morzu ale co najważniejsze, nie ma pieprzonego robactwa! Tańczę i śpiewam, ale po 2 minutach jest pizdno i trzeba się ubrać. Proza życia, jak nie urok to sraczka.  Tego dnia czułem się wyjątkowo kiepsko ale musieliśmy już wracać, bo do Ust-Barguzina czekało nas 26 kilometrów marszu. Decydujemy się iść 2-3 godziny i zabiwakować na plaży. Znajdujemy świetne miejsce ze stołem i miejscem na ognisko i w końcu mamy czas na odpoczynek bez muszek. Nigdy nie sądziłem, że wiatr pokocham tak jak tutaj. W ramach relaksu zaczytałem się w książce Thora Heyerdhala, „Wyprawa Kon-Tiki”. Swoje przemyślenia z tamtej chwili zapisałem w dzienniku w taki sposób:

 

Jakim trzeba być szaleńcem aby wybrać się w podróż liczącą 8000 km przez Ocean Spokojny, tylko po to, by udowodnić swoją tezę? A owa teza brzmiała następująco: Przodkowie ludów polinezyjskich wywodzą się z Peru. Ciężko ocenić poziom szaleństwa dla takiego czynu. Czy to głupie, bezcelowe? A może aroganckie i egoistyczne? Czy nie łatwiej dać sobie spokój? Na pewno. Ale gdzie byłaby ludzkość, jaka byłaby wiedza o świecie gdyby właśnie nie tacy szaleńcy? Thor od początku wzbudza moją sympatię. Rzeczy niemożliwe są mu obce a jego odwaga i optymizm budzi mój podziw i szacunek. Co się znajduje w głowie tego człowieka, co pcha się do takiego, niemalże samobójczego, czynu? Jego pewność siebie i głęboka wiara w słuszność swojej tezy prowadzą go do pozornego szaleństwa. Książkę pochłaniałem z wypiekami na twarzy, czytając o 3 miesięcznej żegludze, przygodach na oceanie, łowieniu rekinów, sztormach, spokojnych i nudnych dniach czy wreszcie o rajskich wyspach i ludach Polinezji. Czymże teraz jest współczesne podróżowanie i wyprawy? Czy jadąc do Rosji, mając większość rzeczy mniej lub bardziej zaplanowanych, ruszam rzeczywiście w podróż? Nie pasuje mi tutaj to słowo. Bardziej odpowiednim słowem wydaje się „turystyka”, jakkolwiek by mi się to nie podobało.  

 

Z rozmyślań wyrwało mnie burczenie w brzuchu, które stało się nie do zniesienia. Po jedzeniu wybraliśmy się z Martą na spacer po plaży. Doszliśmy do drewnianej wieży obserwacyjnej z której po raz wtóry mogliśmy podziwiać wspaniałe widoki. Przy zachodzącym słońcu kolory nabierają niesamowicie intensywnych, ciepłych odcieni i sprawiają, że człowiek automatycznie się rozluźnia i pozwala pięknu krajobrazów spływać na swoją dusze niczym kojący balsam. Wpadamy w chwile zadumy nad pięknem świata.

 

Powrót do cywilizacji 

Nieubłaganie nadszedł ostatni dzień na Świętym Nosie. Cel był w zasadzie najprostszy z możliwych. Domaszerować z A do B. Wiatr ustał, więc rano bezlitośnie zaatakowały nas muszki. Ja z Martą zwinęliśmy się szybko i postanowiliśmy wyjść wcześniej i spotkać się z drugą parą dopiero w Ust-Barguzinie. Mieliśmy łapać stopa a tutaj przez niemalże 2 godziny nie minął nas żaden samochód. Słońce paliło koszmarnie a marsz szybko wyciągał z nas siły. Na dodatek mieliśmy mało wody. W końcu, na horyzoncie pokazał się pierwszy samochód, stary dobry UAZ. Na nasze wyciągnięte kciuki zareagował tak, jak sobie wymarzyliśmy. Wskoczyliśmy do środka, gdzie już siedzieli Tomek i Anna. Do celu dojechaliśmy w towarzystwie kilku skrzynek z rybami które razem z nami radośnie podskakiwały na licznych wybojach. Tym razem sami wcisnęliśmy kierowcy 200 RU i po kilku dniach w dziczy ponownie byliśmy w „cywilizacji”. Załatwiliśmy podstawowe sprawy takie jak wypłata gotówki i zakupy po czym ja i Tomek poszliśmy szukać dogodnego miejsca na nocleg. Nasz prom odpływał następnego dnia więc trzeba było gdzieś przekiblować. Dośc szybko znalazłem przepiękną plażę oddaloną od wiochy o 30 minut marszu. Po powrocie do dziewczyn z dobrą nowiną zastałem je otoczone małą grupką  podpitych facetów. Po raz kolejny samotnie zostawione, zadziałały jak magnez na losowe wydarzenia. Podszedłem do nich i na szczęście odczepili sie trochę od dziewczyn z wymownym gestem typu „ja mam rączki tutaj”. Rozmowę, rzecz jasna, chcieli kontynuować. Mimo, że byli trochę męczący to starałem się być miły bo nigdy nie wiadomo co pijanym strzeli do łba. Zaobserwowałem, że pijani są generalnie przyjaźnie nastawieni dopóki nie zacznie się im odmawiać. Po serii pytań typu: „Czy pójdziemy z nimi na piwo/wódkę/koniak/grać w piłkę”,  i naszych regularnych odmów, jeden z nich zaczął się robić lekko agresywny. Odmowa, to był u nich taki wyzwalacz. „To my, Ruskie, staramy się być mili a wy nam kurwa odmawiacie? Już my wam..”. Koniec końców usłyszeliśmy coś w stylu „A idź pan w chuj” i sobie poszli. A my mogliśmy spokojnie iść na plażę. Była piękna. Piaskowa, otoczona zewsząd górami, z ciepłą i krystalicznie czystą wodą. Z radością zażyliśmy odświeżającej kąpieli z której nie wychodziliśmy oblepieni czarnym, barguzińskim syfem. Można było odejść nawet 50 metrów od plaży a pod stopami czuć było tylko mięciutki piasek. Przy wieczornym rozkładaniu obozu w naszym namiocie pękła rurka od stelaża. Udało nam się dość sprawnie uporać z problemem i uniknęliśmy niezbyt przyjemnej perspektywy spania w dwuosobowym namiocie w czwórkę lub pod gołym niebem, w akompaniamencie wszechobecnych muszek. Prom z barguzińskiego portu wypływał o 8 więc wstaliśmy niemal równo ze wschodem słońca. Mieliśmy chwilę aby napawać się pięknem okolicy ale w końcu nadszedł czas by zmienić otoczenie na stepowy Olchon. Marzyliśmy w zasadzie tylko o jednym, żeby nie było muszek…

 Tekst pochodzi z mojego pierwszego bloga http://marianpage.na8.pl

Ciąg dalszy już nie powstał… 

podziel_sie

2 Komentarzy

  1. Świetna wyprawa,wspaniała przygoda i ciekawa narracja 😉 śledziłem na google-maps podczas czytania gdzie byliście. Dotarliście chyba do avtodoroga Glinka – Makarovo, Buryatiya Republits, Rosja – miejscowość nazywa się Makarovo a szczyt może nazywał się inaczej? Z Ust-Barguzin do Glinki pokonaliście chyba aż 33km! także szacun! pozdrawiam

    • Mariuszsays:

      Zgadza się, według Gmaps byliśmy właśnie tam. A co do szczytu to do dziś pozostaje to wielką niewiadomą, no ale w końcu polegaliśmy na mapach sprzed 30 lat.. Dobrze, że złapaliśmy stopa w obie strony, bo inaczej byłoby krucho 😉

Zostaw komentarz

Twój mail nigdy nie zostanie udostępniony osobom trzecim. Wymagane pola są zaznaczone.