Nowy rok w Singapurze

Jeszcze będąc w Tajlandii w naszych głowach zrodził się pomysł spędzenia Nowego Roku w Singapurze. No wiecie, magia wielkiej, obrzydliwie bogatej metropolii, tak różnej od reszty Azja, złapała nas w swoje sidła. Skoro i tak już mieliśmy być w Malezji, byłoby szkoda nie spędzić kilku dni w takim miejscu, Dubaju Azji Południowo-Wschodniej. Choć nie lubię dużych miast, największe metropolie pociągają mnie w pewien sposób swoim ogromem, przepychem i architekturą. Patrząc na zdjęcia Nowego Jorku, Dubaju, czy właśnie Singapuru, budzi się we mnie niedowierzanie, że takie miejsca powstały za pomocą ludzkich rąk. Wizja podziwiania noworocznych fajerwerków w romantycznej scenerii Marina Bay Sands ostatecznie przypieczętowała naszą decyzję, o krótkiej, 3 dniowej wizycie.

Couchsurfing w Malezji, czyli jak się żyje w Kuala Lumpur

W Kuala Lumpur mieliśmy po raz pierwszy okazję skorzystać ze sławnego couchsurfingu. Dla tych mniej obeznanych wyjaśnię, że wspomniany couchsurfing, po polskiemu „surfowanie na kanapie”, to portal umożliwiający wyszukiwanie wolnego miejsca noclegowego u innych użytkowników, jeśli oczywiście wyrażą na to zgodę. Odbywa się to, rzecz jasna za darmo. Zapłata, w dość naturalny sposób  przybiera postać wymiany kulturowej, opowieści i wspólnego spędzania czasu. Według mnie, jest to jeden z najlepszych sposobów, aby bliżej poznać codzienne życie mieszkańców danego kraju. Z drugiej strony mam wrażenie, że coraz więcej ludzi szuka po prostu noclegu na krzywy ryj (byle za darmo), albo traktuje portal jako serwis matrymonialny. Początkowo umieściliśmy nasz plan podróży na otwartym forum, ale jakoś nikt specjalnie nie kwapił się do zaproponowania nam noclegu. W związku z tym, kilka dni przed przybyciem do K.L. przeszliśmy do ofensywy i wysłaliśmy wiadomości do 10. osób. Jedna z nich zaproponowała nam 3 dniową gościnę i już wiedzieliśmy, gdzie spędzimy Wigilię i Święta. Naszym hostem, czyli gospodarzem, miał być hindus o imieniu Sarthak, mieszkający od 2 lat w Malezji.

Autostop w Malezji

O Malezji nie wiedziałem zbyt wiele, nie ma co ukrywać. Jest to jedno z tych miejsc, o którym znałem jedynie podstawowe informacje, takie jak nazwa stolicy, ustrój polityczny, dominująca religia i położenie. Jeszcze będąc w Tajlandii, Marcie do głowy wpadł pomysł przejechania całego kraju autostopem. Bo tak, po prostu, dla przygody i zabawy. W autostopie za dużego doświadczenia nie mamy. W zeszłym roku próbowałem dostać się z Alaski do Belgii, ale skończyło się na tym, że utknąłem w Berlinie i z podkulonym ogonem wróciłem do Polski. Podczas późniejszych przemyśleń i rozmów z dużo bardziej doświadczonym kolegą, okazało się, że popełniłem prawie wszelkie możliwe błędy. Wiedząc już, czego nie należy robić, z pozytywnym nastawieniem ruszyliśmy w kierunku stolicy Malezji – Kuala Lumpur.

Rajskie Koh Lipe

Jak wiadomo, w życiu najważniejszy jest balans, więc po 10. dniach ascezy i medytacji przenieśliśmy się na Koh Lipe – małą wysepką przy granicy z Malezją, gdzie woda mieni się niebiańskim turkusem a czas płynie leniwie. Jak to zwykle bywa w trakcie naszej podróży, na miejsce zawiódł nas przypadek. Ktoś, gdzieś, powiedział, że Lipe to takie Phi Phi tylko 20 lat temu. W dodatku zachwalał tutejszy snorkeling. Nie było potrzeby dłużej nas przekonywać. Już dwa dni po wyjściu z Suan Mokkh postawiliśmy nasze nogi na białej mączce plaży Pattaya. 

Tajski Boks na Koh Lancie

Dziwki, koks, tajski boks. Te słowa jeszcze nie tak dawno krążyły po internecie, dając natchnienie rzeszom polskiej młodzieży do konstruowania podobnych wersetów poezji pisanej, nierzadko opatrzonej obrazkiem. Można by pokusić się o analizę literacką, ale obawiam się, że nie podołałbym takiemu zadaniu. Zostawię sprawę dla znawców tematu a sam skupię się na tym, co znam i widziałem, czyli na tajskim boksie.

Życie ascety, czyli 10 dni medytacji w Suan Mokkh – część II

W drugiej części opisu 10. dniowej medytacji prezentujemy zupełnie odrębne opisy naszych wrażeń i spojrzenia na codzienne zajęcia.

W części I możecie przeczytać o strukturze zajęć, ośrodku medytacyjnym i naszych początkowych odczuciach

Wydawało się, że cisza jest naturalnym prawem każdego człowieka, które zostało nam odebrane. Z przerażeniem myślałem o tym, przez jak wielką część życia wystawieni jesteśmy na kakofonię, którą sami stworzyliśmy, wyobrażając sobie, że niesie nam przyjemność i zapewnia towarzystwo. Każdy co jakiś czas powinien domagać się tego naturalnego prawa i wywalczyć dla siebie kilka dni ciszy, podczas których może się skupić na sobie i podleczyć nadwątlone zdrowie.

Tiziano Terzani, Powiedział mi wróżbita